wtorek, 23 grudnia 2014

Epilog

Od Autora: Cóż, mogę rzec? To była długa droga, haha. Naprawdę. Pomysł na to ff wpadł mi do głowy w maju/czerwcu tego roku gdy nie poszedłem do szkoły i leżałem chory. Napisałem prolog a potem stwierdziłem, że nic z tego nie będzie i nie dam rady po prostu tego napisać w całości, więc leżało tak miesiąc bądź dwa nie tykane. Zdecydowałem się wstawić prolog 15 lipca gdy miałem napisane kilka rozdziałów i tak dotrwałem do końca. Nie pytajcie mnie jak haha. Momentami nie miałem w ogóle weny i myślałem, ze lepiej byłoby to zakończyć już przy 15- 16 rozdziale, ale jednak! 
To moje PIERWSZE SKOŃCZONE FAN FICTION. I po prostu czuje się mega źle z tego powodu, ale jednocześnie szczęśliwy, że doczekaliście razem ze mną do epilogu i , że tak bardzo dopytujecie się o moje nowe opowiadanie! Postanowiłem, że nowe ff również będzie o Larrym i opublikuje je na TYM BLOOGU. Nie będę zakładać nowego bo to nie ma sensu. 
Tu macie spis do wszystkich rozdziałów:
http://the-story-about-larry.blogspot.com/p/accidentally-in-love.html
I jeśli macie dodatkowe pytania to na fb bądź na asku ;)
http://ask.fm/PolskaLouisTomlinson
Miałem dwa aski ale drugiego usunąłem. Może założę nowego, kto wie? ;) ale w tym momencie nie wiec podaje starego. 
+ PROSZĘ KAŻDĄ OSOBĘ O SKOMENTOWANIE TEGO ROZDZIAŁU, NAPRAWDĘ MI NA TYM ZALEŻY. Chociaż coś krótkiego ale żebym wiedział ile osób dotrwało do końca ;). Byłoby mi BARDZO miło. 
No i chyba tyle. Nie powiem, że jestem zadowolony z epilogu bo nie jestem haha. Ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie co do zakończenia DOSŁOWNIE. Także wiem, że jednym się spodoba a drugim nie. I rozumiem to i szanuje. 
Do zobaczenia przy następnym ff, które planuje opublikować na początku stycznia! Poinformuje was tutaj bądź na grupie (wiecie jakiej hihi). 
Enjoy x 



*4 miesiące później*



Wczoraj odbyło się oficjalne otwarcie galerii sztuki. Mojej galerii.  Co prawda nie udałoby się to bez pomocy Stana i mojej mamy, ale i tak byłem z siebie bardzo dumny. Marzenia jednak się spełniają. Zatrudniłem w rolę mojej asystentki Clary, starą przyjaciółkę z dzieciństwa, która na marginesie była od roku szczęśliwą mężatką. Pogodziłem się z mamą, która cały czas stara się naprawić naszą relację. Chodzimy razem na zakupy lub coś zjeść. Pomału, ale staramy się aby nasza relacja wyglądała znów jak mama i syn. Mimo iż przyjąłem do wiadomości, że z Harrym to ostateczny koniec, nie stworzyłem związku ze Stanem. Po prostu nie mogłem. Za bardzo go kochałem jak… brata. No i na razie chciałem odpocząć od związków z kimkolwiek. 
Właśnie znajdowałem się w mojej galerii i podziwiałem obrazy, które wisiały na ścianach. Dłonie miałem schowane w kieszeni i  przechadzałem się powoli, oglądając je. Zastanawiałem się co by powiedział tata gdyby mnie teraz zobaczył. Czy byłby ze mnie dumny? Nie obchodziło mnie nigdy jego zdanie, ale w tym momencie taka myśl przyszła do mojej głowy. Myślałem też nad tym jak radzi sobie Harry. Czy jest szczęśliwy? Znalazł kogoś z kim zechce spędzić resztę życia? Pogodził się z Zaynem? Miałem nadzieje, ze na wszystkie pytania odpowiedź brzmi: tak. Mimo iż chciałem z nim być, to tak samo bardzo chciałem aby kogoś sobie znalazł. Bo zasługiwał na szczęście. Chyba jak każdy z nas. Ten list dał mi dużo do myślenia. Czytałem go jeszcze przez kilka nocy codziennie, gdy tylko poczułem tęsknotę za Harrym. I dużo myślałem nad jego słowami. Doszedłem do wniosku, że chciałby mojego szczęścia. To wszystko. Z nim czy bez niego. Po prostu miałem być szczęśliwy. I tego samego chciałem dla niego. Westchnąłem gdy poczułem drżenie na całym ciele. To zamknięty rozdział Louis. Daj spokój. 
- Louis, dzisiaj przyjechał na rozmowę kwalifikacyjną pewien mężczyzna. – powiedziała Clary wchodząc do pustej Sali, nie licząc mnie. – Twierdzi, że chodziliście razem na zajęcia sztuki we Francji. 
Patrzyłem bez słowa na dziewczynę z lekko rozwartymi ustami. Czy to możliwe, że dowiedział się, że otworzyłem galerię i postanowił znów się do mnie zbliżyć? Nie mogłem wprost w to uwierzyć. Po tylu miesiącach… nareszcie go zobaczę. Nareszcie znów usłyszę jego głos. Ciekawe jak zmieniło się jego życie i czy chęć pracy ze mną ma związek z tym, że… za mną tęsknił. Moje serce zaczęło bić, a dłonie się spociły. Nogi miałem dosłownie jak z waty. Momentalnie poprawiłem grzywkę, aby wyglądała idealnie. Cieszyłem się, że założyłem tego dnia garnitur, a nie jakieś stare ciuchy. 
- Wpuść go. – poleciłem, na co dziewczyna kiwnęła głową i wyszła. Przymknąłem na moment oczy. – Spokojnie, Louis. – powiedziałem do siebie. – Będzie dobrze. – wziąłem głęboki oddech. Ten rozdział miał być skończony dla mnie, a ja tylko gdy pomyślę o tym, że znów go zobaczę dostaje gęsiej skórki i czuje się jak zakochana nastolatka. Jak on na mnie działa? Co on w sobie takiego ma, że… szaleje na jego punkcie nawet po tak długim czasie? Wyprostowałem dłonią wgniecenia w garniturze i jeszcze raz dotknąłem ręką włosów. Gdy drzwi się uchyliły na moment wstrzymałem oddech, oczekując tego co może nastąpić. Czyżby to dzisiaj był ten dzień w którym… 
- Witaj Louis. – powiedział Liam wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. Patrzyłem na niego bez słowa. Nigdy przenigdy w całym moim życiu nie czułem takiego rozczarowania i rozgoryczenia jak w tej właśnie chwili. Nasze nadzieje i pragnienia czasem zostają zastąpione przez ponurą rzeczywistość, która sprowadza nas na ziemie. Przełknąłem ślinę i starałem się uśmiechnąć, chodź w środku moje serce rozsypywało się na kawałki. Jak mogłem pomyśleć, że on tu przyjedzie? Że zacznie mnie błagać abym do niego wrócił? Że zależy mu na tyle aby zrobić wszystko co w jego mocy aby uratować to co jeszcze zostało… z nas?
- Cześć. Nie spodziewałem się ciebie tutaj. – powiedziałem podchodząc do Liama i zamykając go w uścisku. 
- Zauważyłem. Wydajesz się być zaskoczony i… rozczarowany moim pojawieniem się. 
- Nie. Wydaje ci się. – odparłem odsuwając się od niego. – Naprawdę jestem szczęśliwy, że będziemy razem pracować. – teraz mój uśmiech był nieco bardziej szczery, czym przekonałem Liama, że naprawdę się cieszę. 
- Pracować? Nie wiesz jeszcze co potrafię. – roześmiał się. 
- Wiem. Masz prawdziwy talent. Widziałem to na zajęciach. I … potrzebuje cię tutaj. Wniesiesz na pewno wiele dobrego, zresztą jak wszędzie gdzie się pojawiasz. – powiedziałem. 
- Dzięki, Louis. – posłał mi wdzięczne spojrzenie. – Ale jednak lepiej bym się czuł gdybyś przejrzał chociaż moje CV.  
Roześmiałem się. 
- Ewentualnie mogę to dla ciebie zrobić. 
Liam poklepał mnie po ramieniu. 
- A jak tam ci się układa w życiu? Poznałeś kogoś? 
- Niestety. – pokręciłem głową. – Teraz zamierzam skupić się na pracy. – dodałem. 
- Czy mi się wydaje czy ty…
- Wydaje ci się. – przerwałem mu wiedząc co chce powiedzieć. Dopiero teraz zrozumiałem, że czekanie na niego jest beznadziejne. On nie wróci. Nigdy. – A ty? Poznałeś kogoś? 
- Tak. Spotykam się z kimś, ale na razie to było kilka randek. Jeszcze nic poważnego. 
- Och. – uniosłem do góry jedną brew. – A jak ma na imię ta wybranka?
- Sophia. – wypowiedział jej imię tak jakby była dla niego kimś szczególnym. I już wiedziałem, że bardzo mu się podoba i prawdopodobnie chce z nią stworzyć coś na poważnie. 
- Byłem w ogóle bardzo zaskoczony, że otworzyłeś galerię ale i w duchu bardzo dumny z ciebie. Dałeś radę, Louis. Naprawdę dałeś radę. – powiedział z uznaniem. 
- Tak, dałem radę. – westchnąłem rozglądając się wokół. – Dałem radę. – powtórzyłem ale już bez entuzjazmu, bo nie było obok mnie osoby z którą chciałbym dzielić to szczęście. 
                                                                               
                                                                                     ***

Parę dni później siedziałem z mamą w salonie w moim nowym domu do którego wprowadziłem się dwa miesiące temu i popijaliśmy herbatę, którą  zaparzyła, rozmawiając o mało ważnych sprawach. Nagle spytała dosyć poważnym tonem, zmieniając zupełnie temat z naszej luźnej pogawędki na coś poważniejszego. 
- Masz kogoś na oku? 
Westchnąłem. Mama owszem dowiedziała się, że pociągają mnie zarówno chłopcy jak i dziewczyny i, że we Francji byłem zakochany w chłopaku. Zaakceptowała to jakoś, zapewne nie chcąc niszczyć naszej relacji zupełnie. Nie wiedziałem czy odpowiadało jej to czy miała coś przeciwko, ale starała się. 
- Nie. – powiedziałem odstawiając kubek z herbatą. – Na razie żadnych związków. 
- Wiem, że bardzo cię skrzywdził ten chłopak, jak mu tam było? Chyba Harry, ale… czas ruszyć na przód. Nie możesz wciąż o nim myśleć. – powiedziała. – Kochasz go nadal, prawda? 
Nie musiałem odpowiadać  aby znała odpowiedź. Kiwnąłem po prostu głową. 
- Mamo to… było coś prawdziwego. Ja i on. On zastępował mi rodzinę w tamtym okresie. Nie potrzebowałem nikogo więcej, tylko jego do szczęścia. Ja też byłem dla niego najważniejszy, teraz to wiem, wiem że naprawdę mnie kochał. Chciałbym aby był po prostu szczęśliwy. Ale… nie wiem czy ja na razie potrafię oglądać się za innymi osobami, chodzić na randki. Po prostu… jest za wcześnie, rozumiesz? 
Mama kiwnęła głową. Rozumiała. 
- Wiesz… - westchnęła. – Chciałabym go kiedyś poznać. Skoro mój syn stracił pierwszy raz głowę dla chłopaka to musiał być wyjątkowy. 
Roześmiałem się, a potem już bardziej entuzjastycznie odpowiedziałem:
- Tak, był. 
Mama spojrzała nagle ponad moim prawym ramieniem za okno, przyglądając się czemuś w skupieniu. Zainteresowany odwróciłem się i ujrzałem naszą sąsiadkę, która wynosiła jakieś pudła z domu. Zmarszczyłem brwi. 
- Pani Robinson się wyprowadza. – westchnęła mama. – Już miała zrobić to dawno ale jej siostrzeniec nie chciał się wprowadzić, a nie miała komu zostawić domu. Nie wiem dlaczego teraz zmienił zdanie. – zastanowiła się. – Chodźmy im pomóc. 
Cała mama. Znała moich sąsiadów lepiej ode mnie. Nie chętnie wstałem z kanapy. 
- Musimy? – jęknąłem gdy byliśmy przed drzwiami wyjściowymi. Mama odwróciła się w moją stronę  trzymając dłoń na klamce. 
- Jej siostrzeniec jest chyba w twoim wieku i z jej opowieści to bardzo przystojny chłopiec. – uśmiechnęła się chytrze. 
- Mamo! – wywróciłem oczami. – Czy ty chcesz mnie wyswatać z siostrzeńcem pani Robinson? 
- Ja? – udawała zdziwioną. – Wydaje ci się. 
- Powiedz chociaż jak ma na imię?
- Henry.
Zadrżałem.  Nie wiem czego się spodziewałem? Że powie Harry Styles? Prychnąłem pod nosem. Jestem pieprzonym idiotą nie mogącym pogodzić się z utratą kogoś bliskiego. Czas iść na przód Louis. Harry na pewno już pokochał kogoś innego. Nie możliwe aby przez 4 miesiące czekał na ciebie, mając złudną nadzieje, że ponownie pojawisz się w jego życiu. Z wami koniec. Dałeś mu to do zrozumienia wyjeżdżając z Francji. On cię już nie kocha ani nigdy nie będzie miał okazji znów pokochać. Ty i on to przeszłość. – powtarzałem sobie to niemal codziennie. I przez ten czas nadal nie mogłem sobie uwierzyć, chodź gdzieś w głębi ducha wiedziałem, ze to była prawda. On ruszył na przód, czas na mnie. Moje serce rozłamie się na miliony kawałeczków jeśli kiedyś przypadkiem dowiem się, że kocha innego mężczyznę i jest z nim szczęśliwy, a ja nadal na niego czekam jak idiota. Wiem, że o swojej miłości nie jest prosto zapomnieć, ale po tylu miesiącach, tygodniach i dniach, powinienem dać radę. Z zapomnieniem o Stanie przyszło mi to o wiele łatwiej. Szybko pozbyłem się nie potrzebnych uczuć do niego, przelewając je na Harry’ego, a teraz… teraz muszę zrobić to ponownie. Tak, to jest sposób. Muszę znów się w kimś zakochać. Serce mi się krajało jak pomyślałem sobie, że to musi być… ktoś inny niż Harry. Jego nie wolno mi kochać. 
- Dobrze. Chodźmy. – powiedziałem pewniejszym tonem, a mama posłała mi lekki uśmiech. Czas iść do przodu. Może Henry okaże się miłym i uczciwym chłopcem z którym stworzę coś nowego? Może nawet zauroczy mnie już przy pierwszym spotkaniu i zapomnę kim jest do cholery Harry Styles? Warto mieć nadzieje. Nadzieja może być okazją do przełamania się i ruszenia naprzód. 
                                                                                 ***
- Dobry wieczór pani Robins. – powiedziała moja mama, gdyż dochodziła 19:00. 
- Witam. – uśmiechnęła się przyjaźnie sąsiadka. – Mój uparty siostrzeniec w końcu postanowił się tutaj wprowadzić. – roześmiała się. 
- Mój syn mieszka naprzeciwko. Może się polubią. – powiedziała moja mama do byłej już również mojej sąsiadki i odwróciła się aby puścić mi oczko, na co ja wywróciłem oczami. 
- Na pewno. Henry to wspaniały chłopiec. I przede wszystkim spodobałeś mu się. – powiedziała pani Robins, na co ja omal nie zakrztusiłem się własną śliną. 
- S-Słucham? – spytałem unosząc do góry brwi. 
- Pokazywałam mu różne zdjęcia i na jednym byłeś ty. Zapytał się kto to, więc odpowiedziałam że Louis, mój sąsiad, który mieszka naprzeciwko. I właśnie po tym zdarzeniu, zdecydował się tu zamieszkać. – powiedziała przyjaźnie. – Część swoich rzeczy już zabrałam z domu i teraz właśnie wnosimy pudła z jego rzeczami do mieszkania. 
Kiwnąłem głową. 
- To ja może pomogę. – zadeklarowałem się. 
- Och nie trzeba. Zostały tylko trzy pudła. Henry to zrobi, właśnie jedno zaniósł do domu. 
Ja jednak słynąłem ze swojej upartości, więc stwierdziłem, że jednak to zrobię i to żaden problem. Poparła mnie również mama, więc pani Robins zapewne pomyślała, że nie ma co z nami dyskutować, więc zgodziła się. Wziąłem pudło, które wyglądało na najlżejsze i poszedłem w kierunku domu, sprzed podjazdu. Obie kobiety zostały koło dużego vana, zaciekle o czymś plotkując. Kobiety,  nawet mogłyby się nie znać i nie mieć nic wspólnego ze sobą, a i tak zawsze znalazłby się temat do rozmów. – pomyślałem z rozbawieniem. Otworzyłem drzwi i znalazłem się w prawie pustym mieszkaniu. Światła były zgaszone, więc światło z zachodzącego słońca wchodziło tylko ze strony okien. Byłem tutaj może dwa razy, ale nigdy nie wchodziłem w głąb mieszkania. Sąsiadka czasem zapraszała mnie na grilla, ale to przed domem. Moja mama i ona bardzo się polubiły. Nic dziwnego, że mama stwierdziła, że jej siostrzeniec na pewno dogada się ze mną. Poszedłem w stronę salonu, w celu pozostawienia tam pudła. W domu było idealnie cicho, no może jedyną żywą duszą wydawał się być tykający zegar. W środku pomieszczenia jednak ktoś był. Wstrzymałem na moment oddech. To zapewne on. Odczuwałem lekki nie pokój. W końcu przez dłuższy czas będziemy sąsiadami, chyba, że któryś postanowi się kiedyś wyprowadzić, ale na razie na to się nie zapowiadało. Widziałem tył chłopaka w pół mroku, toteż nie mogłem jednoznacznie określić jak wyglądał. Stawiał jednak, zapewne, ciężkie pudło na podłodze. 
- Może pomóc? – zapytałem drżącym głosem, a moje dłonie zaczęły się trzęść. Zawsze tak reagowałem na obcych. Czułem się jak mały zagubiony chłopiec. W tym wypadku nic się nie zmieniło, ale z czasem przekonam się do niego bądź zaakceptuje to jaki jest. 
- Nie trzeba. – mruknął cicho chłopiec, prawie nie słyszalnie. Westchnąłem. Jakiś samotnik, nie lubiący kontaktu z innymi. Mam umiejętność szybkiego oceniania innych i nie mylę się zwykle. I jestem pewien, że tak jest i w tym przypadku. Przygryzłem dolną wargę, zastanawiając się co powiedzieć. Słyszałem nasze oddechy w pomieszczeniu. Boże, powietrze wręcz ociekało jakimś niebezpiecznym napięciem. Ale dlaczego? Co on w sobie miał? Nie widziałem go dokładnie, ale czułem jaki jest. Słyszałem jego oddech, bicie serca, a nawet pojedyncze ruchy, które wykonywał. Wszystko działo się tak powoli, jakby w zwolnionym tempie. Gdy dotknąłem dłonią czoła, zdałem sobie sprawę, że jestem spocony, chodź w pokoju nie było gorąco. Co się ze mną dzieje? Reagowałem tak zawsze tylko na jedną osobę… 
W tym momencie chłopak odwrócił się w moją stronę. W świetle z okna mogłem zobaczyć jego twarz. Omal nie upuściłem pudła, które trzymałem. Mój oddech niebezpiecznie przyśpieszył i zaczęło mi się kręcić w głowie. Nie mogłem wprost w to uwierzyć. Patrzyłem w jego duże, smutne oczy, przepełnione poczuciem winy i nie umiałem wykrztusić z siebie żadnego sensownego słowa. Wszystko wydawało mi się bezużyteczne. Schyliłem się aby postawić pudło na podłodze, gdyż zaczęło mi lekko ciążyć i wróciłem do poprzedniej czynności, czyli stania naprzeciwko niego i patrzenia się wprost w jego oczy. Przełknąłem głośno ślinę, a w moim żołądku poczułem niebezpieczne mrowienie. Mój oddech stawał się z sekundy na sekundę coraz szybszy. Czułem, że długo tego nie wytrzymam i po prostu zemdleje, a kiedy się obudzę okaże się, że to sen i będę płakać jak małe dziecko, sam nie wiedząc dlaczego, czy ze smutku czy ze szczęścia. 
Chłopiec w końcu się ruszył i zbliżył do mnie pewnym krokiem, zbliżając swoje usta do moich z zamiarem pocałowania mnie, ale ja odskoczyłem gwałtownie do tyłu. Nie mogłem na to pozwolić, nawet jeżeli nie wiem jak bardzo bym tego pragnął. 
- Nie skrzywdzę cię już nigdy. Nie bój się. – powiedział spokojnie i powoli swoim zachrypniętym niskim głosem. 
- W-wiem. – wydukałem cicho biorąc drżący oddech. Przede mną znajdował się pieprzony Harry. – Ty… ty jesteś Henry, tak? – domyśliłem się w tej chwili. 
- Tak. – potwierdził. – Nigdy nie lubiłem swojego prawdziwego imienia więc we Francji wszystkim mówiłem, że jestem Harry. Tylko moja ciocia zna prawdę. Ale… proszę abyś zwracał się do mnie starym imieniem. – powiedział łagodnie, a pojedynczy kosmyk wpadł mu do oka. Miałem ochotę go odgarnąć, ale się powstrzymałem. Teraz zaczynałem rozumieć. 
Nie chciał tego domu, nie chciał mieszkać w Londynie. Chciał zacząć nowe życie we Francji, tak jak ja. Ale postanowił wrócić i zamieszkać naprzeciwko mnie gdy ciotka pokazała mu moje zdjęcie. Chciał być blisko mnie. To był jego plan. Wiedział, że tutaj zamieszka pewnie od miesiąca lub dwóch, podczas gdy ja przez te pieprzone dni myślałem, że już nigdy go nie zobaczę. Że tamto pożegnanie gdy krzyczałem w łzach jak bardzo go nienawidzę było naszym ostatnim pożegnaniem i nie będziemy mieć szansy tego naprawić. Poczułem w tym momencie ogarniającą mnie złość. Tak jakby to on był temu wszystkiemu winien, tak jakby to on kazał mi wyjechać z Francji. Bo cały czas myślał jak znów się do mnie zbliżyć i nie dał w tym czasie żadnego znaku życia. Był przez ten cały czas spokojny, bo wiedział, że zobaczymy się nie długo znowu, a ja tonąłem we łzach, myślałem nad nowym życiem… 
Boże, myślałem, że ma we Francji nowego faceta i przechodziły mi myśli przez głowę, że jest nim James, a on nie brał nawet tego pod uwagę. Liczyłem się tylko ja. Zrobiłby wszystko aby znów zobaczyć moją twarz, nawet jeśli mielibyśmy do siebie już nigdy nie wrócić. I wtedy zrozumiałem. Ale  moje serce rozrywało się na miliony kawałków gdy myślałem o każdej przepłakanej nocy przez niego. O każdym staraniu się wrócenia do normalności, ponownego chodzenia na randki, cieszenia się z życia czy nawet spotkania z przyjaciółmi. Jego osoba zabrała mi tyle miesięcy. 
Nagle popchnąłem go gwałtownie na ścianę, tak że prawie zawył z bólu. Czułem narastającą w sobie złość. Zacisnąłem mocno szczękę, aż poczułem ból. Mój oddech był nierównomierny, szybki i drżałem na całym ciele z wściekłości. Obie dłonie położyłem po obu stronach głowy Harry’ego i po prostu patrzyłem na przerażenie w jego oczach. Jeszcze nigdy nie widział mnie takiego. A mnie podobało się to. Teraz to on był małym, bezbronnym chłopcem. Miałem nad nim przewagę. Mogłem teraz go uderzyć i powiedzieć aby się pieprzył po czym wyjść. To byłaby idealna zemsta. Zraniłbym go bardzo mocno – tego jestem pewien. Przez chwilę nawet chciałem go uderzyć, gdyż nawet jedną dłoń zacisnąłem w pięść, a moje policzki stały się czerwone, zawsze takie są, gdy jestem wściekły. Pot spływał praktycznie po moim czole i ledwo stałem na nogach. Miałem taką cholerną ochotę się na kimś lub na czymś wyżyć. Uderzyłem więc z całej siły ścianę dłonią i zasyczałem głośno z bólu. Moja dłoń stała się obolała i lekko sina. Zrobiłem to więc ponownie i poczułem jeszcze większy ból, jakby ktoś postawił na mojej ręce coś ciężkiego i metalowego w dodatku. Harry cały czas znajdował się pomiędzy moimi dłońmi, którymi opierałem ścianę i patrzył na mnie z rozżaleniem i czułością jednocześnie. Nie zważałem na to jednak. Kopnąłem stopą ścianę, zdając sobie sprawę, ze to nie był dobry pomysł. Miałem jednak chęć rozwalić coś. Moje ciało przepełniało tylko jedno uczucie: wściekłość. Jednak moje oczy zaczęły piec. Wiedziałem co to oznacza. Po chwili poczułem jak się szklą i po sekundzie wypływa z  oka pojedyncza łza. Złość przepełniona ze smutkiem. To wszystko co czułem przez te kilka miesięcy. Tylko złość i smutek. Nawet nie żal czy tęsknotę. Teraz to wiedziałem. Przygryzłem mocno wargę, chcąc aby kolejna łza nie popłynęła. Nie chciałem pokazać słabości. Tak dobrze mi cholera szło. Bał się mnie. Czuł to cholerne przerażenie, a teraz? Te wszystkie uczucia na pewno przepadły. Bo słaby Louis wrócił. 
- Nienawidzę cię. – syknąłem aż trzęsąc się ze złości. – Nienawidzę cię! – krzyknąłem i dałem mu siarczysty policzek w twarz. Chłopak wykrzywił głowę w prawo, a jego policzek zrobił się czerwony. Nie wyglądał jednak jakby miał mi to za złe. Nadal w jego spojrzeniu utkwione było poczucie winy do siebie. – Zrujnowałeś mi 4 miesiące życia! – krzyczałem nadal. – Pieprz się, wiesz? Wracaj do swojego idealnego życia we Francji, wracaj do pieprzenia swojego idealnego Jamesa, ale nigdy więcej nie próbuj wkraść się w moje życie. Bo ono jest moje! – uderzyłem otwartą dłonią w ścianę, ale już nie tak mocno. – Nie tęskniłem za tobą. Każdego dnia cieszyłem się, że nie ma cię w moim życiu, każdego dnia dziękowałem bogu, że wyjechałem z tej pieprzonej Francji, aby nie móc cię więcej oglądać. Nie próbuj mi tego zabrać, kolejny raz po jawiąc się w nim. Mam własny dom, własną galerię i własną rodzinę. A ty do tej rodziny już nie należysz. A należałeś. Byłeś wszystkim tym co miałem i spieprzyłeś to. Boże jesteś takim cholernym dupkiem. Nienawidzę cię z całego serca! – krzyczałem tupiąc przy tym nogą jak małe dziecko. 
Ujrzałem w oczach Harry’ego łzy. Jego oczy stały się czerwone. 
- Louis, ja… nie chciałem mieć z tobą nic wspólnego po tym jak cię skrzywdziłem. W dniu twojego wyjazdu jechałem na lotnisko, ale gdy dojechałem zdałem sobie sprawę, że kiedy kogoś kochasz daj mu samemu decydować. A jeśli twoją decyzją było odejście to… zrozumiałem to. Potem zacząłem pić. Dużo pić. Moje życie to było spanie, jedzenie, picie i znowu spanie. A potem… potem zmarła ważna dla mnie osoba i… zrozumiałem, że gdybyś to był ty to umarłbym. 
- Przestań. – mruknąłem. 
- Naprawdę Louis. Co nie wierzysz mi?! – krzyknął desperackim tonem. – Zabiłbym się. I ty dobrze o tym wiesz. Bo zrobiłbyś dokładnie to samo gdyby mnie się coś stało! 
- Zamknij się! – krzyknąłem. 
- Prawda aż tak boli idealnego Louisa Tomlinsona z idealnym życiem?! – Harry również krzyczał, oboje po prostu wrzeszczeliśmy na siebie. – Uważasz, że się zmieniłeś? Gówno prawda, skoro nie umiesz nawet przed sobą przyznać, że nadal mnie kochasz! Dlatego jesteś taki wściekły, że znów mnie widzisz! Nadal mnie kochasz i ja też cię nadal kocham i dobrze o tym wiesz ty pieprzony tchórzu… - powiedział dotykając palcem mojej klatki piersiowej, głos mu się załamał. Nie mógł dalej mówić przez łzy. 
Staliśmy w ciszy, przy ścianie, w tej samej pozycji co na początku. Słyszałem tylko nasze szybkie oddechy. W pewnym momencie Harry po prostu przyciągnął mnie do siebie bliżej  za materiał koszulki, wpijając się gwałtownie w moje usta i językiem rozwarł moje wargi, udostępniając sobie tam drogę. Całowaliśmy się z namiętnością i tęsknotą, którą każdy z nas ukrywał przez te kilka miesięcy. Byliśmy tacy spragnieni swojej bliskości. Nasze języki wprost toczyły bitwę o dominacje. Moje dłonie zsunęły się na jego ramiona. Przycisnąłem swoje krocze do jego, na co Harry jęknął głośno w moje usta. Zacisnął swoje palce na moim tyłku, a ja nie mogłem powstrzymać uporczywego podniecenia w dolnej partii ciała. Gdy przestałem go całować, wydal z siebie jęk rozczarowania, ale zaraz potem przeniosłem swoje usta na jego szyje, składając mokre pocałunki, a potem zasysając skórę na jego obojczyku i językiem jeżdżąc po jego skórze. Harry jęczał ledwo stojąc na nogach.
- Więc byłeś szczęśliwszy beze mnie? – wydyszał Styles zaciskając dłoń na moim kroczu. Oderwałem usta od jego obojczyka, wydając z siebie głośny jęk rozkoszy. – Byłeś? – powtórzył mocniej zaciskając dłoń.
- A ty? Byłeś? – powiedziałem z głośnym westchnięciem. 
- Znasz odpowiedź. – odparł nie zabierając dłoni z mojego przyrodzenia. Trąciłem swoim nosem jego i wyszeptałem wprost do jego ucha. 
- Ty też. – powiedziałem i przygryzłem płatek jego ucha, czym odpowiedział mi zduszonym jękiem. Potem zabrałem jego dłoń z mojego krocza i odsunąłem się od niego. – Pomóc ci z resztą pudeł? – zmieniłem gwałtownie temat. 
- Co? – dopiero teraz jakby otrząsnął się z transu. 
- Pytałem czy pomóc ci z resztą pudeł. – powtórzyłem. Harry wzruszył ramionami. 
- Jak wolisz. Tylko wiesz… nie będę mieszkać sam. 
Na moment zamarłem. 
- Och. A więc… pojawił się jakiś mężczyzna w twoim życiu? 
- Mężczyzna w moim życiu pojawił się dawno temu na zajęciach z rysunku. I od tamtego momentu nie miałem innego faceta. – odpowiedział. Oblizałem dolną wargę. 
- I co z tym mężczyzną z rysunków? – uniosłem do góry jedną brew, zakładając ręce na klatkę piersiową. Harry zmierzył mnie wzrokiem. 
- Nadal jest cholernie seksowny i pociągający. 
- A więc może powinieneś zaprosić go do siebie od czasu do czasu. – powiedziałem lekko dysząc, gdyż nadal nie mogłem otrząsnąć się po naszym gwałtownym pocałunku. – Może nawet byłby chętny zwiedzić twoją sypialnie albo wypróbować nowe łóżko. 
Harry przygryzł dolną wargę. 
- Może powinienem go zaprosić. Wiesz, masz rację, wypróbowanie nowego łóżka byłoby przydatne. Ale nie wiem czy by się zgodził. 
- Zapytaj. – wzruszyłem bezproblemowo ramionami. – Może ten mężczyzna czekał na to od prawie pół roku? 
- Och, no więc, zapytałbym ale  ten mężczyzna musiałby się rozebrać do naga, a wiem, że ma z tym problem i nie chciałbym go do niczego zmuszać. Ale w mojej sypialni chodzi się tylko nago. 
- A wiec uwierz mi, że ten mężczyzna nie ma z tym już problemu i chętnie znów zobaczyłby cię nago. – powiedziałem teraz ja mierząc go wzrokiem. 
- Zgoda. – wzruszył ramionami. – Ale ten mężczyzna musi również wiedzieć, że jeżeli zdecyduje się na to wszystko to deklaruje również spanie w moim łóżku, tylko ze mną do końca życia. Chyba, że ten mężczyzna nie jest na to gotowy. – w jego oczach znów zaszkliły się łzy. – Bo ja jestem. I bardzo bym tego chciał. 
- Wiesz, ten mężczyzna czuje się zraniony, ale wiem też, że nie spał z nikim innym od czasu gdy cię poznał, bo może nie chciał spać z kimś innym poza tobą. 
- Więc… - zaczął Harry drżącym głosem. – Mężczyzno od rysunków, zgadzasz się na zwiedzenie mojej sypialni? 
Roześmiałem się, co sprawiło, że Harry otworzył szeroko oczy lekko przerażony. Bał się, że się nie zgodzę. Otworzyłem usta aby coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy chichoty mojej mamy i pani Robins. Harry po prostu patrzył prosto w moje oczy z dziwną czułością. Gdy dwie kobiety weszły do pomieszczenia, mama powiedziała:
- Tutaj jesteście! Przepraszam, że się tak zagadałyśmy. Mam nadzieje, że nie nudziliście się i mieliście miłą pogawędkę? 
- Tak. – odpowiedział Harry patrząc cały czas na mnie. – Nawet bardzo miłą. 
Moja mama wyglądała na uradowaną. Nagle do salonu wbiegł mały czarny piesek. Hej, czy ja go skądś nie znam? 
- A oto mój współlokator. – powiedział Harry, a ja miałem ochotę wybuchnąć śmiechem. Byłem zazdrosny o … psa? 
- Urocze stworzenie. – zaświergotała moja mama. – Jak się wabi?
- Willi. – odparł Harry. 
- Zabawne. To skrót od drugiego imienia Louisa. – powiedziała rodzicielka patrząc to na mnie to na niego. Harry odchrząknął lekko zawstydzony. Znałem już odpowiedź na zadane przez niego pytanie. – Muszę niestety już iść, mam kilka spraw do załatwienia. – dodała ze smutkiem. 
- Tak, ja też już pójdę. – odparłem. Harry wyglądał na rozczarowanego. Pani Robins z Harrym odprowadzili nas do drzwi, a gdy moja mama je otworzyła, ja odwróciłem się jeszcze i patrząc na Harry’ego powiedziałem: - Jeśli chodzi o mężczyznę od rysunków to kazał ci przekazać, że przyjdzie w nocy i zgadza się na wszystkie twoje warunki. 
Harry starał się ukryć uśmiech na jego twarzy. 
- Jaki mężczyzna od rysunków? – zainteresowała się pani Robins. 
- Długo by opowiadać. Ale to wspaniały mężczyzna i mam nadzieje, że kiedyś go wam przedstawię jako kogoś bardzo ważnego dla mnie. – odparł Harry i to była obietnica. Obietnica, że kiedyś uda im się naprawić to co zburzyli. 

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział 23 "Mój kochany Lou"

Od Autora: Przedstawiam ostatni rozdział mojego ff ;). Ale nie załamujcie się bo jest jeszcze EPILOG który dodam za jakiś tydzień, tak myślę, a może wcześniej? Bo nie planuje długiego jak na przykład tego rozdziału, tylko ciut krótszy, ale naprawdę warto bo tam dużo się wyjaśni. Chodzi mi o epilog, chociaż w tym rozdziale też kilka spraw się wyjaśni.
Czuje, ze mnie zabijecie haha. Ale miałem zamysł na taką końcówkę już od 5 – 6 rozdziału tego ff haha. Dlatego cały czas powtarzałem abyście nie byli na mnie źli i zaczekali na epilog. Mam nadzieje, że chociaż trochę się wzruszycie bo 4 godziny pisałem ten rozdział, także ;). 2 godziny jakiś czas temu i 2 godziny dzisiaj haha. Ten list który pojawi się w którymś momencie rozdziału napisałem już w SIERPNIU. Naprawdę.
Także to tylko potwierdza, że końcówkę sobie starannie obmyśliłem.
+ nie płaczcie skarbki.



Stałem co najmniej od dziesięciu minut przed drzwiami oszołomionego Stana, który patrzył na mnie tak, jakby zobaczył ducha. Był ubrany w spodnie od piżamy i długą białą bluzkę, również pewnie z kompletu. Włosy jego były w nie ladzie, pewnie dopiero wstał. Przetarł dłonią oczy, zapewne się zastanawiając czy jestem prawdziwy, a może śni? Ja jednak starałem się lekko uśmiechnąć, chodź wyszło pewnie z tego coś na kształt głupiego grymasu. Byłem zmęczony po podróży i w dodatku nie jadłem nic od kilku godzin. Mój żołądek aż prosił się o nakarmienie go, a ciało o długi prysznic. Trzymałem w prawej ręce walizkę, która zaczynała mi nieco ciążyć, ale nie chciałem poganiać mojego przyjaciela. Zostawiłem go bez słowa wyjaśnienia, więc ja bym na jego miejscu dał sobie w twarz z liścia. Dziwiłem się, że Stan tego nie zrobił.

- Jestem prawdziwy. No przytul mnie w końcu. – powiedziałem nieco zmęczony tym staniem w milczeniu. Kąciki ust Stana zaczęły się unosić ku górze, aż w końcu rozpostarł swoje ramiona i zamknął mnie w żelaznym uścisku.
- Nie wierzę. Louis Pieprzony Tomlinson w moim domu. – powiedział wesołym tonem, na co się roześmiałem.
- Chyba nie myślałeś, że mnie więcej nie zobaczysz, co? – uniosłem do góry jedną brew. – Tak dobrze to nie ma. – dodałem gdy przestał mnie ściskać.
- Dlaczego wróciłeś? – spytał. – Twoja mama mówiła, że jedziesz do Francji na studia. Pewnie tęskniłeś, co?
Otworzyłem usta aby zaprzeczyć i podać prawdziwy powód, ale równie szybko je zamknąłem. To nie był dobry pomysł. Stan mógłby poczuć się urażony. I tak byłem wdzięczny, że nie pytał dlaczego nie odbierałem telefonów.
- Pewnie. – odpowiedziałem. – Zawsze będę za tobą tęsknił.
Mój przyjaciel stał, patrząc mi prosto w oczy i nic nie mówił. Najwyraźniej moje słowa tak na niego podziałały.
- To tak jak ja za tobą. – powiedział w końcu i gestem ręki zaprosił mnie do mieszkania, zamykając za mną drzwi. W środku nic się nie zmieniło. Wszystko było po staremu. Te same okropne zielone ściany w salonie z których śmiałem się, że w końcu trzeba je zmienić, ta sama brązowa kanapa w którą zawsze wpadałem, gdyż była tak głęboka, ten sam pomarańczowy dywan, który Stan tak kochał i… nasze zdjęcie na komodzie, gdzie stoimy obok siebie, a Stan obejmuje mnie ramieniem z szerokim uśmiechem, podczas gdy ja robię zeza. Moja typowa mina.
- Nie masz pojęcia jak tęskniłem. – wydukałem rozglądając się po pomieszczeniu. W tym momencie naprawdę poczułem ile mógłbym stracić gdybym został we Francji. Stan przecież mógł poznać nowego chłopaka i to on mógłby zostać jego najlepszym przyjacielem, racja? Na szczęście wyglądało na to, że moje miejsce grzecznie na mnie czekało. Byłem wdzięczny Stanowi.
- Nie prawda. To ty nie masz pojęcia jak ja tęskniłem.
Spojrzałem na niego z iskierkami w oczach. Ponownie miałem ochotę go uściskać. Nagle mój brzuch głośno zaburczał. Złapałem się za niego, przeklinając pod nosem. Stan głośno się zaśmiał i powiedział, ze zrobi mi coś do jedzenia lepiej. Kiwnąłem głową, chodź nie chciałem aby robił sobie przeze mnie problem. Jednak ochota jedzenia była silniejsza niż moje morały. Poszedłem za nim do kuchni. W tym momencie przypomniało mi się jak zawsze szedłem do kuchni, a tam Harry stał nad patelnią bądź garczkiem i coś mieszał. Przyglądałem mu się zawsze z czułością, prze okazji lustrując wzrokiem jego umięśnione ciało. Nie mogłem się wtedy powstrzymać przed nie objęciem go od tyłu.
Stop. Louis. Przestań. O nim. Myśleć. To przeszłość. On został we Francji, a ty teraz jesteś w Londynie, gdzie zaczniesz nowe życie u boku kogoś kto tak cię nie zrani.
Tak próbowałem sobie wmawiać.
- To może grzanki z serem? – zaproponował Stan wyrywając mnie z zamyślenia.
- Tak, mogą być, dzięki. – mruknąłem.
- Może mi opowiesz co się wydarzyło we Francji, co? – zagadał mój przyjaciel krzątając się po kuchni. – Poznałeś tam kogoś?
- Um, tak, parę osób. – powiedziałem cicho.
- A… kogoś szczególnego?
Wiedziałem co miał na myśli. Nie wiedziałem jednak czy chcę o tym mówić.
- Tak mi się wydaje.
Stan zmarszczył brwi i stanął w pół kroku.
- To znaczy?
- Może porozmawiamy o tym kiedy indziej, co? Umieram z głodu.
Mój przyjaciel kiwnął głową i zajął się przygotowywaniem mi śniadania.                                        
                                                             ***
Najtrudniejszą rzeczą z którą przyszło mi się zmierzyć nie było wbrew pozorom spotkanie ze Stanem, ale zobaczenie się ponownie z moją rodziną. Naprawdę nie wiedziałem jak zareagują na mój powrót, gdyż nikogo o tym nie poinformowałem. Miałem nadzieje, że ucieszą się chodź trochę. Jednocześnie czułem ogromny żal do mojej mamy, za to jak mnie traktowała w dzieciństwie i do czego doprowadziło brak wsparcia z jej strony. To co przeżyłem kiedyś było straszne i nigdy nie lubiłem o tym mówić. Nawet Stan żył w słodkiej nie wiedzy. Tylko moja mama i Harry. To dwie osoby, które znały prawdę. Mama bo była moją mamą, a Harry bo… był Harrym. Po prostu. Jakkolwiek sentymentalnie to brzmi.
Stałem teraz przed drzwiami domu rodzicielki i czułem ogarniającą mnie panikę z każdą kolejną sekundą. Najbardziej bałem się, że stchórzę i po prostu ucieknę, a moja rodzina nigdy się nie dowie, że wróciłem do Londynu. Chociaż wiem, że i tak bym ich odwiedził, bo w gruncie rzeczy stęskniłem się. W końcu to moja rodzina. Kocham moją mamę i siostry. Chcę aby uczestniczyły w moim życiu i od teraz nadrobili wszystkie zaległości. Westchnąłem. Ale czy moje marzenia się spełnią? Czy rzeczywiście tak będzie? Tego nie wiedziałem, ale takie jest życie. Wszystko wychodzi w praniu. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem do drzwi. Cholera, chcę uciec jak najdalej stąd. Moje serce biło niemiłosiernie, a w głowie mi się kręciło. Czułem się jakbym robił coś złego. Dlaczego tak się czułem? Nie wiedziałem, ale jak najszybciej chciałem się pozbyć tego uczucia.
Słyszałem zbliżające się kroki. Jeszcze chwila, a… drzwi się otworzyły i ujrzałem w nich… ją.
- Louis? – uniosła obie brwi do góry.
- Witaj mamo. – powiedziałem oschłym tonem.
- Wróciłeś? Miałeś jechać na rok do Francji.
Stała w progu, kompletnie zaskoczona, że przyjechałem tak wcześnie. Nie ruszyła się nawet na krok, nie wpuściła mnie do środka, nie uśmiechnęła się na mój widok, nie przytuliła…poczułem w tym momencie tak jakbym nie był jej synem tylko obcym, który zakłóca jej spokój.
- Wolałabyś, co? – powiedziałem sarkastycznym tonem.
- O co ci chodzi, synku? – spytała.
- Synku. – powtórzyłem prychając. – Teraz jestem synkiem. – przełknąłem z trudem ślinę, patrząc w jeden punkt.
- Zawsze byłeś moim synem.
- Tak? – uniosłem do góry jedną brew. – Zdumiewające. – nie miałem pojęcia skąd tyle w moim tonie ironii? To była wina Harry’ego, a może całkiem przeciwnie. To dzięki Harry’emu?
- Wejdź do środka. – wreszcie przestała zagradzać mi wejście i ustąpiła. Nie chętnie wszedłem do mieszkania. – Sąsiedzi jeszcze coś usłyszą. – dodała zamykając drzwi.  Nie mogłem w to uwierzyć! Zawsze zdanie innych się liczy, nie to co ja czuje. A może ja bym chciał aby sąsiedzi to usłyszeli? Tyle niewypowiedzianych pretensji, tyle ukrytych żali. To gdzieś cały czas się we mnie kumulowało i to była właściwie kwestia czasu póki nie wybuchnę. Spodziewałem się tego.
- Nic mnie to nie obchodzi. – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Straciłem ochotę na jakąkolwiek rozmowę z nią. Chciałem wrócić do mieszkania Stana. Tylko tam czułem się jak w domu. I on okazał się moim prawdziwym przyjacielem. Moja mama była taka fałszywa, że to aż bolało. Przed sąsiadami zgrywała idealną istotę bez problemów, która ma życie jak w bajce i świetnie sobie ze wszystkim radzi, a w rzeczywistości nie radziła sobie z niczym. Nie potrafiła nawet powiedzieć, że mnie kocha. Bo może nie kochała? Wiem, że jest moją matką, ale…
- Jak ty się do mnie odzywasz? – spojrzała na mnie ze złością.
- To nic w porównaniu z tym jak mnie traktowałaś, a właściwie olewałaś w dzieciństwie. – odpowiedziałem zakładając ręce na klatkę piersiową. Nagle poczułem się pewny siebie. Tak jakbym teraz to ja rozdawał karty, nie ona.
- Masz cztery siostry. Jak samotna matka może wyrobić przy tylu dzieciach? W dodatku z tobą były wieczne problemy. Nie wyrabiałam już, ani fizycznie ani psychicznie.
Pokręciłem głowę z ironicznym uśmieszkiem.
- Ty nie wyrabiałaś psychicznie? To ja musiałem znosić codziennie w szkole plotki na mój temat. To ja słuchałem jakim jestem bezwartościowym śmieciem i grubasem i to ja musiałem chodzić do tej pieprzonej szkoły gdzie wszyscy mnie nienawidzili! Więc kurwa mi nie mów jak miałaś ciężko! Miałaś mnie gdzieś. Zawsze ważniejsza była Lottie. Lottie chce nowy telefon, będzie go miała, Lottie chce nowe ubrania będzie je miała i tak było cały czas. Zresztą Felicity, Daisy i Phobe też traktowałaś lepiej ode mnie. Ja byłem jak piąte koło u wozu. A właściwie czułem się tak. Codziennie w  nocy… - tutaj głos mi się załamał. Straciłem początkową pewność siebie. – Codziennie w nocy zastanawiałem się czy lepiej by było gdybyś mnie nigdy nie urodziła. Może byłabyś szczęśliwsza? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. – powiedziałem ze spokojem, chodź w środku miałem ochotę krzyczeć. Moja mama milczała jakiś czas. Patrzyła po prostu na mnie smutnymi oczami i nic nie mówiła. Chociaż tyle potrafiła zrobić. Żadnych zbędnych słów, typu przykro mi czy coś. To nic nie zmieni. Nacierpiałem się. Swoje przeżyłem. Gorzej nie może być niż było. - Teraz jestem innym człowiekiem, mamo. – zacząłem.-  Francja mnie zmieniła, a właściwie przeżycia, których tam doświadczyłem. Nie jestem już zagubionym chłopcem, który nie umie walczyć o swoje. Czuje się pewny swoich racji i tego co czuje. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną, ale będę się starał. Może gdy będę u kresu mojej drogi, stanę się w końcu takim synem o jakim zawsze marzyłaś. Bo chciałbym być dla ciebie idealny, jak każde dziecko dla swojej mamy. Bez względu na wszystko kocham cię. I nie ważne co ty czujesz. Nie obchodzi mnie to zresztą. – spuściłem głowę i wsadziłem dłonie do kieszeni spodni.
- Przypominasz mi twojego ojca. – powiedziała nagle, a ja podniosłem na nią wzrok. – Z charakteru. On też był bojowy, umiał walczyć o swoje i nie poddawał się, co najważniejsze. Tylko… - westchnęła. – Wiesz, czasem obwiniamy za swoje krzywdy nie tych co powinniśmy. Byłeś do niego taki podobny z wyglądu jako dziecko… codziennie gdy patrzyłam w twoje oczy widziałam jego. I to mnie dołowało. Odsunęłam się od ciebie aby nie cierpieć. Nie mogłam już tego znieść. Byłam wykończona walką o coś co i tak nie miało sensu. Ostatecznie nasze małżeństwo przegrało, chodź starałam się. Walczyłam do ostatniej chwili. – po jej policzkach spłynęły łzy. – Kocham cię, Louis. Kocham cię najbardziej na świecie. Jesteś bardzo, bardzo dobrym dzieckiem, grzecznym, miłym i uczynnym. Szkoda, że twojego charakteru nie mogę chodź w połowie przypisać mojemu wychowaniu. Tak bardzo żałuje bo miałabym się czym chwalić. Naprawdę. Ktoś powinien ci uświadomić jak wspaniałym chłopcem jesteś.
- Ktoś już to zrobił. – powiedziałem cicho. – Ktoś bardzo ważny dla mnie. – dodałem w zamyśleniu.
- Ktoś kogo poznałeś we Francji? – jej głos drżał, ponieważ wcześniej prawie się rozpłakała.
- Tak. – kiwnąłem głową.
- I dlatego wróciłeś? Przez tą osobę?
Nie musiałem odpowiadać. Moja mama doskonale znała odpowiedź.
Po prostu staliśmy w ciszy i zastanawialiśmy się nad własnymi słowami. I myślę… myślę, że nie ma nic cenniejszego od przyznania się do błędu i próby wybaczenia go.                                                                      
                   Piosenka (kliknij)                            

 ***
Wieczorem siedziałem ze Stanem przed kanapą na dywanie grając w karty. Jak zwykle mój przyjaciel musiał oszukiwać, na co tylko zacząłem głośno się śmiać, gdy zobaczyłem zarumienioną twarz Stana, kiedy odkryłem jego fałszerstwo. W tle leciał jakiś serial w telewizji, ale nie oglądaliśmy go. Byliśmy skupieni tylko i wyłącznie na sobie i grze.
- Wiesz… - zaczął nagle Stan. – Brakowało mi ciebie. Te 3 miesiące to chyba był najgorszy czas w moim życiu.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Ale teraz jestem. I zostanę. Nie zamierzam już nigdzie wyjeżdżać. – zapewniłem go, na co humor jeszcze bardziej mu się poprawił.
- Jak było? – zapytał niespodziewanie.
- Gdzie? – udałem zdziwionego, na co Stan wywrócił oczami.
- Dobrze wiesz.
Wziąłem głęboki oddech zastanawiając się. Jak było? To chyba jedno z najtrudniejszy pytań na które przyszło mi odpowiedzieć w ciągu kilku dni.
- Inspirująco. – odpowiedziałem w końcu.
- Inspirująco? Tylko tyle? – uniósł do góry jedną brew.
- Tak. – potwierdziłem kiwając głową. Stan patrzył w rozbawieniu przez jakiś czas prosto w moje oczy, aż w końcu odłożył karty na bok. Widziałem, że chciał podjąć jakiś temat, który od dawna go męczył. Zbliżył się do mnie i powiedział:
- Wyjechałeś krótko po… wiesz po czym. – spuścił głowę. – Czy to ma jakiś związek?
Przełknąłem głośno ślinę. W pokoju było praktycznie ciemno, a światło napływało tylko z włączonego telewizora. Widziałem więc w słabym świetle twarz Stana.
- Co ma jakiś związek? – dobrze wiedziałem o czym mówił.
- Fakt, że się przespaliśmy. Byłeś na mnie zły?
- Nie. – zaprzeczyłem szybko. Nie chciałem aby myślał w ten sposób. To nie on był winien tylko ja. To była wszystko moja wina. – Nie byłem na ciebie zły, ale masz rację. Byleś jednym z powodów. Ale nie w tym sensie co myślisz.
Patrzyliśmy na siebie przez krótką chwilę, aż w końcu mój przyjaciel odezwał się:
- A w jakim? – spytał szeptem.
- Po prostu… nie chciałem zniszczyć naszej przyjaźni. To co się wydarzyło… to było pod wpływem chwili. Byliśmy pijani, a ja… ja zacząłem mieć jakieś dziwne uczucia względem ciebie. Nie wiem nawet jak to wyjaśnić.  – westchnąłem. – Ale już ich nie mam. Nie martw się.  – zaprotestowałem.
- Uczucia jak nie do przyjaciela, ale… chłopaka? – upewnił się. Nie chciałem odpowiadać na to pytanie, czułem, ze nie dałbym rady, więc po prostu kiwnąłem głową. – Louis, ja… nie byłem pijany. A przynajmniej nie tak aby niczego nie pamiętać.
- Co? – spojrzałem na niego zdziwiony i w tym momencie poczułem jak jego dłoń lekko muska moją. Stan oblizał usta i powiedział:
- Louis to… to ty chciałeś się ze mną przespać. Rozebrałeś się do naga, a potem zacząłeś mnie całować, ja… ja po prostu nie protestowałem. – powiedział drżącym głosem. – Wiem, że miewałem dziewczyny z którymi sypiałem, ale z tobą… było po prostu jakoś inaczej. Byłeś, jesteś moim najlepszym przyjacielem, nie wiem może dlatego. Bo tak bardzo cię lubię i traktuje cię jak cholernie kogoś ważnego dla mnie, a może po prostu dlatego, że… - urwał raptownie, patrząc na moje usta, a potem przenosząc wzrok na moje oczy, jakby oczekując reakcji, ja tymczasem czekałem aż kontynuuje. – Że cię kocham. – dodał i w tym samym czasie jego usta spotkały się z moimi muskając lekko na początku, ale z czasem nasz pocałunek stawał się gwałtowniejszy. Chciałem go w pierwszym momencie odepchnąć, bo jest moim najlepszym kumplem i nie mogę zepsuć naszej przyjaźni. Ale pozwoliłem mu objąć się za szyję  i przyciągnąć do siebie bliżej. Moje ręce powędrowały na jego koszule, powoli rozpinając guziki. Zacząłem wyobrażać sobie, że to koszulka Harry’ego i jest przy mnie w tym momencie i kocha mnie i nigdy mnie nie zawiódł i nigdy nie musiałem wylać tyle łez przez niego i mogłem idealnie udawać, że nie mam złamanego serca, chodź w środku coś we mnie pękło.
Gdy rozpiąłem ostatni guzik, dotknąłem dłońmi oba policzki Stana i najwolniej jak umiałem, nadal mając zamknięte oczy odsunąłem od siebie jego twarz. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem zdezorientowanie wypisane na jego twarzy i rozczarowanie. Sam siebie nienawidziłem w tej chwili. Nie powinienem był. Ale tak bardzo potrzebowałem bliskości. Nie mogę jednak przespać się z nim tylko dlatego, że tak cholernie tęsknie za Harrym. To by było nie fair. Stan by cierpiał przeze mnie, a za bardzo mi na nim zależało, aby mu coś takiego zrobić.
- Ma na imię Harry. – wyszeptałem.
- Kto? – zapytał marszcząc brwi.
- Chłopak którego nie powinienem kochać. – powiedziałem czując ogromne wyrzuty sumienia, ze w ogóle to powiedziałem. – Ale kocham. – wzruszyłem ramionami, przygryzając wargę. – I najgorszy jest fakt, że nic nie mogę z tym zrobić. Ale wierzę, że pewnego dnia obudzę się i powiem „Tak, to jest ten dzień w którym przestałem kochać Harry’ego Stylesa”.
- Ja... nie wiedziałem. – wydukał zmieszany.
Pogładziłem dłonią jego policzek, a on przymknął oczy na mój nie spodziewany dotyk.
- A kiedy się obudzę tego dnia, z tą myślą czy… czy nadal będziesz na mnie czekać? – zapytałem powoli. Mój przyjaciel otworzył oczy, a kąciki jego ust uniosły się ku górze.
- Zawsze będę czekać na ciebie, Lou. Przecież wiesz.
Uśmiechnąłem się i przybliżając do niego swoją twarz dałem mu długiego całusa w policzek. Gdybym wcześniej się nie bał, gdybym nie wyjechał do Francji… możliwe, że teraz bylibyśmy szczęśliwą parą. Ale los lubi płatać figle i nie zawsze jest tak jak my chcemy.  Potem wstałem i udałem się do mojego pokoju, pozostawiając Stana samego w salonie.
Tak bardzo jak nie chciałbym kochać Harry’ego, tak bardzo go kocham.

*Harry*

Znowu ten przeklęty pies! Nienawidzę go i nienawidzę tej głupiej sąsiadki. Nienawidzę w tym momencie całego świata. Mam ochotę coś lub kogoś zabić. Wypiłem dzisiaj już całą butelkę wina. Zayn dzwonił kilka razy ale nie odbierałem telefonu. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Chce pobyć sam i zastanowić się nad tym wszystkim. Czy iść do przodu? Czy stać w miejscu i użalać się nad sobą? Na razie wybrałem tą drugą opcję i nie sądzę aby to się zmieniło w najbliższym czasie. Boże, nawet tak nie tęskniłem za Jamsem jak za… za Lou.
Siedziałem na kanapie w ręce z drugą już butelką wina, ale nie mogłem w spokoju pić bo słyszałem tylko szczekanie. Wściekły i zirytowany wstałem z kanapy i wyszedłem z mieszkania dobijając się do drzwi pani Wilson.
- Pani Wilson! – waliłem w drzwi. – Niech pani uciszy do kurwy nędzy tego cholernego psa bo kurwicy dostanę! – byłem trochę pijany i podbuzowany tym wszystkim już, także nie zwracałem uwagi na słowa, które wydobywają się z moich ust. Staruszka jednak nie otwierała. Zwykle wychodziła i kłóciła się ze mną, a teraz postanowiła mnie olać? To jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.  – Nie będziesz sobie tak ze mną pogrywać głupia starucho. – mruknąłem do siebie i nacisnąłem klamkę. W holu było pusto, żadnej żywej duszy. Przeszedłem więc korytarzem i znalazłem się w salonie, gdzie również było pusto. Słyszałem jednak szczekanie psa. Musi dochodzić ono z kuchni. Pani Wilson na pewno tam jest.
To co ujrzałem w pomieszczeniu momentalnie mną wstrząsnęło. Stałem  w bez ruchu i po prostu patrzyłem się to na psa, który nawet na moment nie mógł powstrzymać szczekania, to na panią Wilson, która leżała na zimnej podłodze, a obok niej znajdowała się rozbita szklanka. Dłonie zaczęły mi się trząść. Muszę coś zrobić! Nie mogę jej zostawić tutaj tak na śmierć. Ukląkłem obok niej i potrząsnąłem ją za ramię. Kobieta jednak nie reagowała. Przyłożyłem policzek do jej twarzy, nie czułem nawet oddechu. To sprawiło, że jeszcze bardziej zaczynałem panikować.
Wyjąłem więc z kieszeni telefon i szybko zatelefonowałem po karetkę. Boże, żeby ona jeszcze żyła. Modliłem się o to w duchu.
                                                                           ***
Obudziłem się następnego dnia w szpitalu. Okazało się, że zasnąłem na szpitalnym krzesełku obok łóżka pani Wilson. Lekarze zapytali się mnie o jej rodzinę. Musiałem przyznać, ze nie posiadała za dużo krewnych, a tym bardziej nie takich, którzy odwiedziliby ją w szpitalu. Postanowiłem wiec, że ja z nią zostanę, aby nie czuła się samotna. Wiedziałem, że nie byłem jej nic winien i jej pies upierniczał mi życie, ale… nie jestem bez serca. Louis nauczył mnie aby być dobrym dla innych, bo karma kiedyś wróci i to my będziemy szczęśliwi.
Nawet nie zauważyłem gdy staruszka przebudziła się i dotykając mojego ramienia, zapytała:
- Gdzie ja jestem?
- W szpitalu. – odpowiedziałem. – Zemdlała pani wczoraj. Znalazłem panią w kuchni. Wszystko będzie dobrze. Najpóźniej jutro wróci pani do domu. – starałem się ją pocieszyć, chodź wyniki badań jeszcze nie przyszły.
- Nie. – pokręciła głową. – Nie wrócę tam. Muszę tu zostać.
- Co? – spojrzałem na nią zdziwiony. Czy jest coś o czym nie wiem? – Jak to? Woli pani siedzieć w szpitalu?
- Czasem sytuacja nas do tego zmusza. – odparła. – Wiesz… nie jesteś osobą, która powinna o tym wiedzieć, ale skoro uratowałeś mi życie, które i tak się nie długo skończy to myślę, że…
- Jak to się nie długo skończy? – nic z tego nie rozumiałem. Patrzyłem tylko na nią zdezorientowanym wzrokiem.
- Umieram. – powiedziała ze spokojem, tak jakby pogodziła się już z tym. – Cierpię na nie uleczalną chorobę, ale nie przyjmowałam do tego przez długi czas do wiadomości. Mam raka. I to w takim stadium, że… nic nie można z tym zrobić. Lekarze nie dają mi wielkich nadziei. Powiedzieli żebym została w szpitalu, ale ja nie chciałam… dlatego zemdlałam. Teraz jednak zrozumiałam, ze mieli rację. Nie wrócę do domu. Jeśli… jeśli coś by mi się stało nie miałby mi kto pomóc. A nie chcę obarczać chorobą nikogo.
- A pani rodzina?
- Nie mam rodziny. – powiedziała smutno.
- Ma pani wnuczka.
- Który nie chce mnie znać. Nie powiem mu o chorobie. Nie chce jego współczucia. Może by mi pomógł, a może nie. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć czy zaopiekowałby się mną z litości czy miał mnie gdzieś i pokazał jak bardzo mnie nie kocha.
Byłem w szoku po tym co usłyszałem. Pani Wilson chora… na raka. A ja byłem dla niej taki wredny. Nie mogłem sobie w tym momencie tego wybaczyć. Nie powinienem był jej pochopnie oceniać. Miała prawo być momentami zła, a ja…. Cóż, niestety nie wiedziałem, ze była taka bo i tak jej życie wisiało na włosku. Czasem oceniamy kogoś zbyt szybko, a potem możemy tylko żałować.
- Nie miałem pojęcia… - wydukałem. Staruszka jednak machnęła dłonią.
- Jest tylko jedna sprawa…
- Tak?
- Mój pies. – westchnęła. – To moja jedyna rodzina. Gdy nie miałam nikogo on był przy mnie. A teraz… szkoda, że nie mogę własnemu zwierzakowi odwdzięczyć się tym samym. Będę zmuszona go oddać do schroniska i… sama nie dam rady. Możesz to dla mnie zrobić? Zresztą, nawet bym nie miała serca tego zrobić. Patrzeć w biedne oczy tego psiaka, który zostanie zamknięty w klatce prawdopodobnie na całe życie już. Nie mam go komu oddać, a bardzo tego żałuje. Zrobisz to dla mnie, Harry? – popatrzyła na mnie, a ja kiwnąłem głową. Jak mogłem odmówić? Jednak po chwili powiedziałem:
- Nie.
- Słucham?
- Nie zrobię tego. Nie oddam go do schroniska. – powiedziałem stanowczym tonem. – Tylko go przygarnę.
Panią Wilson dosłownie zatkało. Bez słowa patrzyła na mnie, a potem ścisnęła mocno moją dłoń, mówiąc ze wzruszeniem:
- Dziękuje ci. Jesteś w gruncie rzeczy dobrym dzieciakiem. I przykro mi, że mój pies…
Teraz to ja machnąłem ręką.
- Nie ma o czym mówić, pani Wilson. – uśmiechnąłem się lekko.




*Louis*

Tydzień później dostałem przysyłkę, a właściwie kopertę. Podał mi ją Stan mówiąc, że zostawił ją listonosz. Marszcząc brwi, ponieważ nie było na niej napisane imię i nazwisko nadawcy, otworzyłem ją. Momentalnie mnie zatkało kiedy okazało się, że w środku na białej kartce widnieje portret. Portret, który znalazłem w pokoju Harry’ego i wypierał się, że to nie ja, chodź byłem pewien swoich racji. Patrzyłem się po prostu na rysunek przez kilka minut. Dopiero po tym czasie ujrzałem na dole napis o treści:
„Miałeś rację, to byłeś ty”.
Moje serce zaczęło szybciej bić. Boże, to od Harry’ego… wysłał mi to po takim czasie. Ale dlaczego akurat teraz? Co się zmieniło, że postanowił to zrobić? Byłem jednak wzruszony, że wysłał mi mój portret i wdzięczny w jakimś sensie. Nie chciałem do tego wszystkiego wracać, ale… to sprawiło, że miałem pewność, że Harry o mnie nie zapomniał. Nie znalazł sobie tak szybko innego. To w jakiś sposób dawało mi nadzieje.
Na odwrocie portretu był list o treści:
Mój kochany Lou
Proszę, pozwól mi się tak do ciebie zwrócić po raz ostatni. Wiem, że bardzo cię zraniłem i uwierz mi, wiem jak się czujesz. Wiem też, że już nigdy więcej mi nie zaufasz i pewnie teraz zastanawiasz się dlaczego do ciebie piszę, skoro wszystko doskonale sam rozumiem. Ale proszę, pozwól mi napisać to, czego nie zdążyłem ci powiedzieć, gdy miałem okazję. 
Wiesz dlaczego zwróciłem na ciebie uwagę? Nie, nie dlatego, że panna Isabelle dała jakieś głupie zadanie. Wcześniej zrozumiałem, że jesteś tym wszystkim czego szukam. Gdy wszedłem do Sali, a ty siedziałeś na krzesełku jak małe przerażone dziecko i okropnie się rumieniłeś. Byłeś inny niż mój były chłopak, James. I to mi się w tobie spodobało. Wiedziałem, ze nigdy nie zrobisz nic na co nie mam ochoty i będziesz mnie szanować. Byłeś taki kruchy i bezbronny. I chodź nienawidziłeś siebie takiego, miałem nadzieje, że z czasem zobaczysz siebie takiego jakiego ja cię widziałem. Bo wtedy zdałbyś sobie sprawę, że jesteś wyjątkowy i pokochałbyś te wszystkie swoje nie doskonałości, które czyniły cię Louisem. Jedynym i nie powtarzalnym. 
I jeśli uważasz, że to wszystko było kłamstwem bo miałem zadanie do wykonania i byłem dla ciebie miły bo musiałem, zdradzę ci tajemnicę. Byłem miły bo chciałem. Bo gdy pierwszy raz cię ujrzałem pomyślałem „Tak, to on. Chcę go mieć” i przepraszam za to, że brzmi to jakbyś był zabawką, którą można zabrać do domu. Ale tak było. Wykonanie ci nago zdjęć było tylko dodatkiem na który się zgodziłem bo i tak wiedziałem, że nawiążę z tobą kontakt. Chciałem tego. Nie wiedziałem tylko jak przekonać cię do mnie. Bo nasze charaktery zupełnie się różniły od siebie. 
Panna Isabelle była na swój sposób wybawieniem. Zmusiła nas do przebywania w swoim towarzystwie. I gdy ty często narzekałeś i byłeś zły. Mnie to w zupełności odpowiadało. Bo ja już wiedziałem. To było jak nawiązanie połączenia. Tak jakbym słyszał bicie twojego serca zanim cię poznałem, tak jakbym całe życie cię szukał a gdy w końcu się pojawiłeś ja już wiedziałem, że to to. Byłeś cząstką, której szukałem. Moim sercem. Bo tylko przy tobie biło. 
Przepraszam, że nie powiedziałem ci tego wszystkiego wcześniej, ale nie dałeś mi dojść do słowa. Boże, tak bardzo cię kocham Lou, że piszę już piąty raz, ponieważ moje łzy zamazywały cały tusz w długopisie. 
Gdybym miał możliwość cofnięcia czasu, wiesz do którego momentu bym się cofnął? Gdy leżeliśmy w łóżku w nocy, objęci, nadzy i przykryci tylko kołdrą. W momencie gdy  opowiedziałem ci o Jamesie. Wiesz co bym wtedy zrobił? Nie mówił ci o nim. To było bez znaczenia i nic nie zmieniło w twoim życiu. Powiedziałbym ci za to jak bardzo cię kocham i jaki jesteś piękny. Ale nie kocham tylko twojej urody. Kocham to jak jesteś uroczo niezdarny i nieświadomy nawet najbardziej oczywistych spraw, kocham twoją naiwność i to, że nie potrafisz śpiewać, kocham twój mocny angielski akcent i sposób w jaki działa na ciebie mój dotyk, kocham twoją ekscytację różnymi nawet mało ważnymi sprawami, kocham smak twoich ust i kocham twój dotyk. A najbardziej kocham cię za to, że pokochałeś mnie. 
Najbardziej żałuję tylko tego, że gdy ty czytasz te słowa – ja nie zobaczę twojej miny. Więc proszę uśmiechnij się. Wiem, że tego nie zobaczę. Ale chce wiedzieć, że na końcu tego listu nie byłeś smutny lub zły, ale po prostu… uśmiechnąłeś się. 
Twój na zawsze Harry
I zrobiłem to. Uśmiechnąłem się. Mimo, że miałem ochotę rozpłakać się, podrzeć ten list i zacząć krzyczeć jak bardzo go nienawidzę za to jak zniszczył naszą miłość. Łzy spłynęły po moim policzku tworząc strużkę aż do brody.
To prawda kochałem tylko raz ale prawdziwie.
- Dziękuje. – wyszeptałem do Harry’ego, chodź wiedziałem, ze tego nie usłyszy. – Dziękuje, że pozwoliłeś mi ruszyć naprzód, ale… zawsze będę na ciebie czekał w jakiś sposób. – kolejne łzy spłynęły. Może to nowy początek czegoś… nowego.
Harry zawsze mówił abym spełniał marzenia. Wstałem więc gwałtownie z kanapy z nowym pomysłem. Marzyłem aby otworzyć własną galerię sztuki. Zrobię to. Tutaj w Londynie. Rodzina i przyjaciele na pewno mi pomogą. Nie jestem już nie pozornym Louisem, który wszystkiego się boi. Oto nowy ja. I za to ci dziękuje Harry Stylesie.

wtorek, 9 grudnia 2014

Rozdział 22 "Może z czasem zrozumiesz, że to jedyna słuszna decyzja"

 Od Autora: Chciałem podziękować wszystkim osobą, które komentują, ale w szczególności tym, które poświęcają czas co rozdział. Naprawdę to doceniam ;). I oczywiście bardzo, bardzo dziękuje za  20 000 tysięcy wejść! Kiedy to się stało? Nie mam pojęcia.
+ dzisiejszy rozdział pierwszy raz z perspektywy nie tylko Louisa, ale i Harry’ego jeeej.
++postanowiłem wrócić do dawania piosenek do rozdziałów :). Kiedy pojawi się w którymś momencie piosenka to kliknijcie tylko na link i was przekieruje. Otworzy się inne okno, nie w tym samym, dla wygody.
Pisało mi się ten rozdział wyjątkowo ciężko, dlatego przepraszam za opóźnienie. Następny postaram się napisać szybciej! Ale nie poganiajcie mnie. W zamian komentujcie bo to poprawia humor i daje kopa do pisania! Nie pytania o rozdział, wbrew pozorom.
Boże jaki ten rozdział jest ckliwy, haha. 
Enjoy x



Stałem przy oknie i obserwowałem ulicę. Od paru godzin nie ruszyłem się z miejsca. Liam proponował coś do picia, zjedzenia, jednak ja odmawiałem. Nie wiem czy Harry był zaskoczony kiedy zobaczył, że spakowałem swoje rzeczy i się wyniosłem. Pewnie się tego spodziewał. Wyłączyłem telefon, ponieważ wiedziałem, że będzie dzwonił, a nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Nie wiedział gdzie mieszka Liam, więc nie będzie mnie nachodził. Mogę w spokoju pomyśleć i zastanowić się nad tym wszystkim. Czułem się jakbym to ja był jedyny w tym wszystkim, który ma złamane serce. Wątpię aby Harry się mną przejmował. Zawsze dbał tylko o siebie. Teraz chociaż nie musi udawać, że mu na mnie zależy. Gdy przypomnę sobie wzrok panny Isabelle, kiedy zdała sobie sprawę, że jestem kompletnie w nim zakochany to aż mi się nie dobrze robi. Była zadowolona, podobało to jej się. Ona ma jakąś chorą satysfakcję z dręczenia innych. To manipulatorka.
- Połóż się spać. Powinieneś odpocząć. – powiedział Liam stając za mną. Potrzasnąłem głową i usłyszałem jego głośne westchnięcie.
- Nie zasnę.
- Skąd wiesz? Nawet nie próbowałeś.
Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi.
- Wiesz, że czeka cię trudna decyzja? – spytał Li. Odwróciłem się w jego stronę, spoglądając na niego.
- Jaka decyzja?
- Czy jesteś w stanie mu wybaczyć. – odpowiedział tak jakby to było oczywiste. Roześmiałem się gorzko.
- Widziałeś co mi zrobił. On udawał. To wszystko było ustawione. Zabawił się moim kosztem. Nigdy mnie nie kochał. Może przez moment poczuł wyrzuty sumienia gdy mi to robił, ale to jeszcze daleko do miłości. – powiedziałem wściekłym tonem.
- Louis, ja… widziałem  was razem. Widziałem jak na ciebie patrzył, jak się o ciebie troszczył. – powiedział zakładając ręce na klatkę piersiową. – Tego nie da się udawać.
- Jest świetnym kłamcą. Ma wprawę. – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. – Nie powinienem w ogóle tu przyjeżdżać. Zostałem oskarżony o gwałt, a jedyna osoba której ufałem na tym pieprzonym świecie udostępniła moje zdjęcia.
- To prawda, to było nie fair. – kiwnął głową. – Ale nie widziałeś jaki był wściekły na panne Isabelle? Nie planował pokazania tych zdjęć wszystkim.
- Nie obchodzi mnie czy wiedział o tym czy nie! – krzyknąłem, tracąc kontrolę. – Dał je pannie Isabelle. Gdyby ich nie dawał, nie miałaby ich i uniknąłbym totalnego upokorzenia. Nie wrócę na zajęcia. Nigdy. Nie chce mieć nic wspólnego z tym całym chorym czymś. – osunąłem się na podłogę. Byłem zmęczony i głodny. Nagle poczułem się senny. Powinienem pójść spać.
- Może musiał? Może coś ważnego nim kierowało.
- Przestań go usprawiedliwiać. – powiedziałem resztkami sił. – Kierował nim egoizm. Jest tak samolubny, że to aż boli. Gdyby mnie kochał tak bardzo jak mówił nie pozwoliłby aby te zdjęcia ujrzały światło dziennie. Nie pokazywałby ich nikomu.
- Tak masz rację, ale…
- Powinienem iść spać. – wstałem z podłogi i ruszyłem na górę do pokoju gościnnego.


*Harry*
Wróciłem do pustego mieszkania. Czemu mnie nie zdziwiło, że jest puste? Z westchnięciem rzuciłem torbę na kanapę. Nigdy nie zapomnę łez w jego oczach, kiedy tak cholernie zawiódł się na mnie. Uciekł, zostawiając mnie samego, podczas gdy miałem mu tyle rzeczy do wyjaśnienia. Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę, a po chwili znów ją zamknąłem. Potem stanąłem do niej tyłem, opierając się o nią. Nienawidzę siebie z całego serca. Zayn mnie ostrzegał, on wiedział jak to się skończy, a ja głupi nie posłuchałem. Byłem zbyt pewny siebie, zbyt pewny, że to się uda. Cholera! Nie powinienem w ogóle się na to zgadzać, byłem idiotą. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem tak wielkich wyrzutów sumienia jak wtedy gdy oddawałem pannie Isabelle jego zdjęcia w kopercie. Gdy uchwyciła w dłoń kopertę, jeszcze na moment zatrzymałem się, myśląc czy na pewno chce mu to zrobić? Jednak ona ją wyrwała, mówiąc że jeśli już się zdecydowałem, to to jest nie odwołalne.
Odpychając się od zimnej lodówki skierowałem się w stronę salonu, przy wyjściu z pomieszczenia kopiąc mocno ścianę. Zasyczałem z bólu, ale zasługiwałem na to.
Na początku go nie znałem, a nie mogłem ryzykować pisaniem egzaminów poprawkowych na które nie mam pieniędzy. To mnie nie upoważniało do okłamywania go, nawet nie wiedząc kim jest, wiem to. Teraz byłem taki wściekły, że miałem ochotę kogoś zabić, a najbardziej siebie. Jak mogłem pozwolić mu odejść? Jak mogłem go tak okłamać? Mieliśmy wzloty i upadki, ale w końcu Louis powiedział mi całą prawdę, a ja? Kłamałem, że nie mam sekretów. Miałem.
Podejrzewałem gdzie jest, ale nie miałem niestety adresu Liama. Z jednej strony cieszyłem się, ze miał gdzie pójść, a z drugiej… może gdyby nie miał wyboru to zostałby tutaj? Chciałem mu wszystko wyjaśnić, ponieważ wtedy nie dał mi dojść do słowa. Tak bardzo chciałem uklęknąć przed nim i błagać o wybaczenie, łkając w rękaw jego koszuli jak małe dziecko.
Teraz uderzyłem ręką złożoną w pięść w ścianę, starając się zrobić to jak najmocniej. Zasyczałem z bólu, machając ręką. Cholera, boli. Nie oczekiwanie moje oczy zaczęły piec. Zagryzłem wargę tak bardzo starając się nie pęknąć. Jednak – stało się. Po moich policzkach poleciały słone łzy, tworząc strużkę aż do mojej brody. Przetarłem je szybko ręką. Nie, nie będę płakać. Nie jestem mięczakiem. Życie nauczyło mnie aby być twardym. Nie będę się załamywać przez jednego chłopaka. Nie ten to następny…
W tym momencie kolejne łzy zaczęły lecieć, aż w końcu przestałem je kontrolować. Usiadłem na podłodze i schowałem twarz w dłoniach, łkając i pochlipując. Musiałem wyglądać okropnie, zaczerwieniony nos, podpuchnięte oczy…Co by powiedział Louis gdyby zobaczył mnie w takim stanie? Śmiałby się mówiąc, że zostawienie mnie to była najlepsza decyzja jego życia.
Och Harry, jesteś taki żałosny.
*Louis*
- Dzień dobry. – powiedział Liam, podczas gdy ja przecierałem ze zmęczenia oczy. W ogóle nie mogłem zasnąć. Całą noc rzucałem się i myślałem czy powinienem wybaczyć Harry’emu. Jedna strona chciała, a druga nie. Ta jedna mówiła, że powinienem to zrobić bo on w gruncie rzeczy mnie kocha, a druga, że nigdy nic do mnie nie czuł i to wszystko było jednym wielkim kłamstwem. Nigdy w życiu nie byłem tak bardzo rozdarty jak teraz. To było tak jakby na twoich ramionach siedział anioł i diabeł. Tylko od ciebie zależy komu uwierzysz.
- Dzień dobry. – odpowiedziałem z ziewnięciem.
- Dobrze spałeś? – starał się uśmiechnąć. Wzruszyłem ramionami i usiadłem przy stole.
- W porządku. Idziesz na uczelnie, prawda? – spojrzałem na niego.
- Prawda. – odpowiedział bez entuzjazmu. – Możesz… iść ze mną. – dodał, chodź znał moje zdanie na ten temat.
- Zostanę tutaj. Muszę to sobie wszystko przemyśleć. – westchnąłem. – Jezu, to najtrudniejsza decyzja mojego życia. Co ty byś zrobił na moim miejscu?
Liam przygryzł wargę.
- Myślę… myślę, że poszedłbym do nocnego klubu, upił się i zrobił z siebie kompletnego idiotę tańcząc na stolę bez koszulki, aż te nagie zdjęcia nie byłby tak kompromitujące jak to. – zażartował chcąc rozładować jakoś atmosferę. Uśmiechnąłem się szczerze.
- Nie zły plan. – powiedziałem w zamyśleniu. – Jednak pozwól, że wymyślę coś swojego.
- Pierwszy raz stoisz przed taką decyzją? – zapytał.
- Szczerze mówiąc to nie. – potrzasnąłem głową wsypując do szklanki cukier, a potem mieszając herbatę łyżeczką. – Przed wyjazdem do Francji… wydarzyło się coś o czym chciałem zapomnieć, a właściwie uciec.
- I żałujesz tego? – spojrzał mi prosto w oczy. Moje serce przyśpieszyło. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale znałem doskonale odpowiedź.
- Nie. – powiedziałem cicho. – Bo gdybym wtedy nie wyjechał nie poznałbym ciebie. – dodałem.
- Lizus. – skomentował śmiejąc się. – Ale myślę, że powód jest inny. Dobra muszę się zbierać. Na razie. – wstał od stołu i powędrował w stronę drzwi.
- Na razie. – mruknąłem prawie nie słyszalnie.
Stan, och Stan.. Może czas stawić ci czoła?
*Harry*
Obudziłem się na zimnej i brudnej podłodze we własnej kuchni z ogromnym bólem pleców. Ledwo mogłem wstać. Czułem się jak po całonocnej imprezie, chodź spałem jak zabity. Tak długo płakałem, że aż zasnąłem ze zmęczenia. Muszę wziąć tabletkę. Głowa mi pęka. Podszedłem do szafki i otwierając ją wyjąłem aspirynę w proszku. Potrzasnąłem saszetką i otworzyłem, przedzierając papier. Potem nalałem wody do szklanki starając się nie myśleć jak beznadziejnie od teraz będzie moje życie. Straciłem wszystko co miałem. Jestem skończony. wsypałem lek do wody i czekałem aż się rozpuści, opierając dłonie o blat. Wyobraziłem sobie, że do kuchni wchodzi on jeszcze zaspany i z rozczochranymi włosami, w samych bokserkach. Staje za mną przytula, tak jakbym był jego własnością. Nie chciałem być niczyją własnością, nigdy. Nie chciałem być tak traktowany, ale on mógł to robić. Mogłem być jego własnością i tylko jego.
Moje wargi niebezpiecznie zadrżały. W panice przed kolejnym wybuchem płaczu, zrzuciłem z blatu szklankę, wlewając w to całą moją złość. Przedmiot roztłukł się na kawałeczki, ale nie obchodziło mnie to. Miałem ochotę krzyczeć.
On był mój, a ja byłem jego. Byliśmy swoi nawzajem.
A teraz jest nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim i nie wiadomo czy cały i zdrowy. Tak cholernie się martwiłem. I tak cholernie chciałem mieć go u swego boku.
*Louis*
*Wspomnienie*
Obudziłem się w ciepłym pokoju otulony ciepłą kołdrą, ale nie tylko ona mnie grzała. Dostawałem ciepło również od osoby, która trzymała mnie mocno w pasie i przyciskała do siebie. Było mi tak dobrze, że dotknąłem ręki tej osoby i zacisnąłem na niej palce. Mogłem pozostać w tym błogim stanie na wieki. Przymknąłem jeszcze na moment oczy, nie odwracając się, nie chcąc aby to był sen. Nie wiedziałem jeszcze gdzie jestem. Może gdybym wiedział gdzie i co się wydarzyło nie zareagowałbym z takim spokojem? W końcu zainteresowany co się właściwie stało, otworzyłem oczy i zobaczyłem, że znajdę się w pokoju. Ale nie jakimś pokoju. Doskonale znałem to pomieszczenie. To pokój mojego najlepszego przyjaciela. Zmarszczyłem brwi. Co ja tu właściwie robię? I jak się tu znalazłem? Odwróciłem się przodem do osoby, która mnie obejmowała i otworzyłem szeroko oczy. Przerażony tym co zobaczyłem, przestałem dotykać owej osoby i wyswobodziłem się z jego objęć. Potem odsunąłem się na kilka centymetrów, starając się uregulować oddech, który z każdą sekundą przyśpieszał. Głowa mi pękała i to dało mi do zrozumienia, że wczoraj zdecydowanie za dużo wypiłem. Cholera, cholera, cholera.
- Stan, Stan obudź się. – szturchnąłem w końcu przyjaciela. – Stan, do jasnej cholery, budź się. – szturchnąłem go mocniej.
- Co? – wydukał zaspanym głosem. Otworzył oczy, ledwo kojarząc, że znajduje się w swoim pokoju, a ja śpię obok niego. – Louis? Cześć. – uśmiechnął się lekko i znów chciał zapaść w sen, ale mu nie mogłem pozwolić. Musiałem sięgnąć po środek ostateczny więc ściągnąłem z niego kołdrę i natychmiast go znów przykryłem, bowiem mój przyjaciel był nagi! Zdałem sobie w tym momencie sprawę, że ja również nie miałem na sobie ubrań. Chciało mi się płakać gdy pomyślałem sobie do czego mogło wczoraj dojść. To był mój przyjaciel do kurwy nędzy, a w dodatku chłopak. Gdyby był dziewczyną wręcz skakałbym z radości, że w końcu straciłem dziewictwo. Ale w tym wypadku mam ochotę się zabić.
- Dlaczego do chuja jesteś nagi? – warknąłem. Wtedy Stan na dobre się przebudził.
- Wróciliśmy pijani z imprezy, pewnie się rozebrałem jak zwykle i poszedłem spać, a ty ze mną. Nie ma co robić dramatu, Louis. – starał się mnie pocieszyć.
- Ja też jestem nagi.
- Przyznaję, to trochę bardziej dziwne, ale wszystko da się jakoś logicznie wyjaśnić, prawda?
Kiwnąłem głową, usilnie starając się przypomnieć sobie wczorajszą noc. Nic. Pustka.
- Pamiętasz coś z wczoraj?
- Pamiętam jak wróciliśmy do domu, a ty się śmiałeś, dużo się śmiałeś. Mówiłeś, że jestem zabawny i żebym przestał bo boli cię brzuch ze śmiechu…
- Musiałem być bardzo pijany skoro tak powiedziałem. – odparłem, a gdy ujrzałem minę Stana dorzuciłem: - Bez urazy, oczywiście. A potem?
- Potem obraz mi się rozmazuje. – westchnął. – Ale to nic. Nie jesteśmy pijani pierwszy raz, racja? – uśmiechnął się.
- Nie, ale pierwszy raz wylądowaliśmy nadzy w łóżku. – powiedziałem przerażonym tonem. Chciałem wstać, ale przypomniało mi się, że jestem nagi, więc postanowiłem zostać w łóżku. Dziwnie bym się czuł, paradując przed Stanem bez niczego, mimo iż to mój przyjaciel od przedszkola.
Jednak moje przerażenie wzrosło gdy zobaczyłem na podłodze zużytą prezerwatywę. Pisnąłem jak mała dziewczynka i drżącymi dłońmi uniosłem ją w górę chcąc się upewnić, że to kondom. Wiem, że to nie byłby pierwszy raz Stana i już wcześniej używał zabezpieczeń.
- To nie jest to co myślę, prawda? – jęknąłem.
- Louis, to prezerwatywa. – odpowiedział spokojnym tonem.
- Boże… ty, ja… my… - nie mogłem dojść do siebie. To był jak cios nożem. Tylko nie to, proszę. Stan to mój przyjaciel. To się nie mogło stać.
- Wygląda na to, ze uprawialiśmy seks. – Stan wypowiedział na głos mój największy koszmar.
                                                                                ***
Stałem przy oknie uśmiechając się na samo wspomnienie mojego przerażenia, że pomiędzy mną a chłopakiem mogło do czegoś dojść. To była jak ironia w porównaniu z tym co się stało tutaj, we Francji. Pokręciłem jednak głową na myśl, że zostawiłem Stana w Londynie bez słowa wyjaśnienia, a potem nie odbierałem od niego telefonów. Byłem takim tchórzem. Dzwonił do mnie dziesiątki razy. Nawet nie napisałem głupiego sms gdzie jestem i aby się nie martwił. Muszę go znaleźć i przeprosić. Tak się nie zachowują przyjaciele.
Po za tym między mną, a Harrym to wszystko skończone. Ja i on… my… nie istniejmy. Nigdy nie istnieliśmy. To był wytwór mojej wyobraźni, a przynajmniej nasze uczucie. Byliśmy razem, ale tak naprawdę osobno.
- Wróciłem! – krzyknął Liam zamykając drzwi mieszkania. – Jak ci minął dzień?
Moje oczy dziwnie piekły. Zawsze Harry jak wracał do domu, chciał wiedzieć co robiłem i słuchał tego z zainteresowaniem, nawet jeśli to było zwykłe oglądanie telewizji. Nie, on udawał. To wszystko było grą. To nie mogło być prawdziwe.
- Dobrze. – odparłem drżącym głosem.
- Dobrze się czujesz? – zapytał Liam wchodząc do pomieszczenia w którym się znajdowałem. – Twój głos…
- Podjąłem decyzję. – przerwałem mu, odwracając się w jego stronę. – Wracam do Londynu.
- Co? – w głosie Liama słyszałem czyste zdziwienie. Najwyraźniej nie spodziewał się tego. Myślał, ze do niego wrócę? Że mu wybaczę? Albo, że sprawię, że się we mnie zakocha jeśli tego dotąd nie zrobił? – Dlaczego?
- Mam tam parę nie pozałatwianych spraw. – odpowiedziałem. – A tutaj… tutaj mam złe wspomnienia. Francja już nigdy nie będzie dla mnie taka jak wcześniej. Przyjechałem tutaj bo… chciałem studiować, poznawać nowych ludzi, pokonać moją nieśmiałość. A w zamian będę wracał ze złamanym sercem, a nie wspaniałymi wspomnieniami. Zresztą… nie wrócę na uczelnie po tym wszystkim.
- Jeśli chodzi o Pannę Isabelle to wyrzucili ją. – powiedział mój przyjaciel, czym muszę się przyznać poprawił mój humor.
- Zasłużyła na to.
- Louis, proszę, przemyśl to jeszcze. Masz mnie. Możesz tu mieszkać ile ci się podoba. A wrócisz na uczelnie z czasem, zobaczysz. Nie zaprzepaszczaj swoich marzeń przez jedną osobę.
- Liam, to nie była jedna osoba. – westchnąłem. – Horanowie, panna Isabelle, Harry, Zayn… Tylko ty mi zostałeś, ale… nie mogę zostać tutaj dla ciebie. Nie mam tu perspektyw. A nie chcę siedzieć cały dzień w domu nic nie robiąc. Mam 20 lat. Powinienem się rozwijać.
- Czyli to decyzja nie odwołalna?
- Tak. – potwierdziłem stanowczo.
                                                                                 ***
- Pamiętaj, że możesz zawsze tu wrócić. Przyjmę cię z otwartymi ramionami. – powiedział Liam, gdy następnego dnia pakowałem walizki. Uśmiechnąłem się kiwając głową.
- Pamiętam.
- Ale proszę, zastanów się jeszcze nad tym. – prosił, jednak ja byłem nie ugięty. Myślałem nad tym cały dzień. Tak, miałem wątpliwości, ale pragnienie powrotu do Londynu było większe niż potrzeba zostania.
- Moja decyzja jest nie zmienna. – powiedziałem zasuwając walizkę. Potem popatrzyłem prosto w oczy Liamowi, mówiąc: - Gdy będziesz kiedyś w Londynie to… wiesz, dzwoń. – starałem się uśmiechnąć przez napływające do moich oczu łzy. Tak bardzo polubiłem Liama. Miał takie dobre serce, chyba nawet nie zdawał sobie sprawy jak dobre. Powinien znaleźć sobie kogoś kto to doceni.
- Na pewno zadzwonię.
Również widziałem w jego oczach łzy. Nie chciał abym je widział więc przyciągnął mnie do uścisku i schował twarz w zagłębieniu mojej szyi. Oboje nie mieliśmy szczęścia w miłości. Byliśmy siebie warci.
Patrzyłem na telefon, siedząc na kanapie i czekając. Sam nie widziałem na co. Ale tak bardzo pragnąłem aby zadzwonił, napisał… cokolwiek. W głębi duszy chciałem aby mi wybaczył i było tak jak dawniej. Jestem dobrym człowiekiem, tylko trochę zagubionym. Stop, cofnij. Pieprzyć to. Jestem złym człowiekiem i nie zasługuje na miłość. Gdyby tak było już dawno by zadzwonił.
Oparłem głowę o rękę i czekałem. Prawie przysypiałem gdy usłyszałem dźwięk mojego telefonu. Poderwałem się gwałtownie z kanapy i niemal natychmiast włączyłem zieloną słuchawkę, przystawiając telefon do ucha. Moje serce biło niemiłosiernie i byłem pełen nadziei. Może jeszcze nie wszystko stracone.
- Tak? – zapytałem.
- Cześć Harry tu Liam. – powiedział głos w słuchawce. – Nie pochwalam tego co zrobiłeś, wręcz to potępiam, ale wiem, że mimo wszystko go kochasz, dlatego słuchaj uważnie: Louis chce wrócić do Londynu, aktualnie jesteśmy na lotnisku Carcassonne, a Louis czeka w kolejce  po bilet. Samolot odlatuje za pół godziny. Wiem, że nie muszę cię błagać abyś do kurwy nędzy tu przyjechał, bo wiem, że to zrobisz. Ale mimo wszystko: przyjedź tu do kurwy nędzy!
Moje serce na moment przestało bić. Jak to Louis chce wrócić do Londynu? Przecież jeżeli to zrobi to już nigdy więcej go nie zobaczę. Nie może tego zrobić… nie może.
 - Przyjadę. – zapewniłem go i rozłączyłem się. Wziąłem głęboki oddech. Tylko nie panikuj, Styles. Wszystko będzie dobrze. Pojedziesz na to lotnisko, wyznasz mu miłość, on zostanie i wszystko będzie dobrze. Tak będzie… kurwa! Nie mam samochodu, a na pieszo w życiu nie zdążę. Co robić? Co robić?
Chyba pozostaje mi tylko jedna opcja…
- Cześć Zayn. – powiedziałem przymykając na moment oczy gdy usłyszałem jego zdziwiony glos. – Wiem, ze między nami różnie się układało, raz lepiej, raz gorzej. Ale… jesteś moim przyjacielem. Czy to ci się podoba czy nie. I zawsze nim będziesz. Nawet gdybyś miał się do mnie nie odezwać do końca życia to i tak dla mnie zawsze będziesz… nie, wiesz co? Nie jesteś dla mnie przyjacielem... Jesteś dla mnie jak brat. – zakończyłem mówić i słyszałem tylko ciszę po drugiej stronie słuchawki. Pomyślałem, że się rozłączył.
- Czego chcesz? – powiedział spokojnym tonem, wzdychając.
- Słuchaj, Louis wyjeżdża za pół godziny do Londynu, a ja nie mam samochodu, żeby tam dotrzeć. Jesteś moją jedyną deską ratunku. Już cię nawet nie proszę, ja cię błagam, zgódź się.
Czekałem cierpliwie na odpowiedź, która się nie pojawiała przez chwilę. Ciągle spoglądałem na zegarek, przeklinając w duchu na Zayna. Przecież jeżeli nie zdążę to stracę go… możliwe, że już na zawsze. Nie przeżyje tego.
- Dobrze. Ale tylko dlatego, że widzę jak ci na nim zależy. W innym wypadku bym się nie zgodził, wiedz o tym.
- Wiem to. – odparłem i starałem się mówić poważnym tonem, chodź na moje usta wkradł się mały uśmieszek. Wiedziałem, że kłamał. Zgodziłby się. O cokolwiek bym go poprosił. Bo to Zayn. Mój Zayn.
                                                                                       ***
- Jeszcze raz, jakie to lotnisko? – zapytał Zayn gdy odpalił samochód.
- Carcassonne. – odpowiedziałem, chodź mówiłem mu o tym dziesięć razy. – I jeszcze raz dziękuje, że przyjechałeś.
- Taki obowiązek braci, prawda? Muszą pomagać rodzinie w potrzebie.
Uśmiechnąłem się na to pod nosem. Nie doceniałem jakiego dobrego przyjaciela miałem przy sobie. Zrozumiałem to za…. Ale zaraz, przecież nigdy nie jest za późno aby coś naprawić. Nauczyłem się tego w ostatnim czasie.
- Cieszę się, że jesteś ale… błagam, jedź szybciej.
Zayn rzucił mi rozbawione spojrzenie i nacisnął pedał gazu. Mknęliśmy coraz szybciej. Obraz za szybą był rozmazany. Nawet nie zauważyłem jak przejechaliśmy na czerwonym świetle. Modliłem się abyśmy zdążyli. Jeżeli samolot odleci… nie wiem co zrobię. Jeśli jednak Louis jest zdecydowany wrócić do Londynu to chciałbym się z nim chociaż pożegnać. Tylko tyle. Mam nadzieje, że nie proszę o zbyt wiele, chociaż… po tym co mu zrobiłem to i tak aż nad.
*Louis*
- Jesteś tego pewien? – spytał Liam, gdy siedziałem na ławce trzymając w prawej dłoni bilet i czekając na samolot. Przełknąłem głośno ślinę kiwając głową. Mój przyjaciel siedział obok mnie trzymając ręce na kolanach. – To jest naprawdę to czego chcesz? – posłał mi nie dowierzające spojrzenie. Westchnąłem. Dlaczego mnie po prostu nie puści? Aż tak bardzo mu zależy abym się dusił tutaj? Bo tak jest. Duszę się tutaj.
- To nie ma znaczenia. – odpowiedziałem nie patrząc na niego. – Wiem jednak, ze to jest to co powinienem zrobić.
- To nie jest u satysfakcjonująca mnie odpowiedź. – mruknął nie zadowolony.
- Myślałem, że będziesz mnie wspierał w moich wyborach. – rzuciłem mu krótkie spojrzenie.
- Bo tak jest. Wspieram cię. Ale wspieranie nie polega na zgadzaniu się z każdą decyzją. Uważam, że popełniasz błąd jeśli chodzi o mnie.
Nie mogłem tego słuchać. Wstałem gwałtownie z siedzenia i zacząłem chodzić w te i we w te. On chyba nie mówi tego poważnie.
- Popełniłem go w ogóle tu przyjeżdżając. – powiedziałem w złości po czym ugryzłem się w język. To nie to co powinienem powiedzieć. – Przepraszam. – westchnąłem. – Czasem mówię, a potem myślę.
- Nie ma sprawy. – Liam starał się uśmiechnąć, ale widziałem, że nie było w porządku.
*Harry*
Jestem pewien, że złamaliśmy kilka przepisów drogowych, ale to nie miało w tym momencie dla mnie znaczenia. Najważniejsze było aby zatrzymać Louisa. Nie mógł wrócić do tego pieprzonego Londynu. Nie ważne co czuje, nie ważne co mu zrobiłem kocham go. Kocham go i będę o niego walczył. On musi to wiedzieć. Bardzo go zraniłem, ale wierzę, że z czasem mi to wybaczy. Bo ja sam sobie na razie nie potrafię. Wyobraziłem sobie jak wbiegam na lotnisko podczas gdy Louis ma już wsiadać do samolotu i wykrzykuje jego imię, a on się odwraca. I chodź nie chce tego przyznać poczuł ulgę, że starałem się go powstrzymać, bo właśnie na to czekał.
Ile jednak moje wyobrażenia będą miały wspólnego z rzeczywistością? Tego nie wiem. Ale mam nadzieje, że nie będą się dużo różnić. Chciałbym mu kiedyś wynagrodzić wszystkie krzywdy, które go spotkały z mojej strony. Nie wiedziałem tylko czy chciałem uśpić w ten sposób moje wyrzuty sumienia czy rzeczywiście go tak kochałem, że chciałem aby miał wszystko czego tylko zapragnie. To wszystko jest takie skomplikowane. Zerknąłem na Zayna, który jechał skupiony na drodze. Przygryzłem wargę, cholera. Teraz nie jestem pewien czy moja decyzja była słuszna. Może popełniłem błąd?
Gdyby Louis chciał – zostałby. A ja zachowuje się jak egoista chcąc go powstrzymać. Robię to w gruncie rzeczy dla siebie, nie dla niego. Może najlepsza droga to… pozwolić mu odejść? Może z wszystkich złych podjętych decyzji ta byłaby w końcu dobra?
Samotna łza spłynęła po moim policzku w chwili gdy Zayn zatrzymał samochód i powiedział pośpiesznym tonem:
- Jesteśmy na miejscu. Szybko, wysiadaj! No już! Nie po to pędziłem 150 na godzinę byś ty teraz się obijał.
Ja jednak patrzyłem w szybę obok siebie, nie na mojego przyjaciela.
- Nie mogę. – wyszeptałem. – Po prostu nie mogę. Przykro mi.
- Ale… ale dlaczego? – zapytał zdziwiony. – Przecież go kochasz.
- Właśnie dlatego, że go kocham powinienem pozwolić mu wrócić do Londynu. Nie rozumiesz tego Zayn? Zachowywałem się jak egoista. Myślałem cały czas tylko o sobie. Może w jakimś stopniu o mnie i o nim ale głównie o sobie. Jeśli teraz dam mu odejść, udowodnię i sobie i w jakimś sensie jemu, że naprawdę go kocham. Może z czasem zrozumiesz, że to jedyna słuszna decyzja. – wydukałem.
- Nie Harry, nie. Kurwa nie rozumiem! – uniósł się Zayn. – Jechaliśmy tutaj na złamanie karku. Nie możesz się wycofać. Kurwa, idź się chociaż z nim pożegnać.
Potrząsnąłem jednak głową, a kolejna łza spłynęła po moim policzku.
- Nie Zayn. Będzie nam trudniej. I jemu i mnie. On nagle poczuje wyrzuty sumienia, że wyjeżdża. Teraz jest na mnie wściekły i niech tak zostanie. Obojgu nam będzie łatwiej jeśli rozstaniemy się bez pożegnania. – wziąłem drżący oddech. – Louis zasługuje na kogoś kto pokocha go za to jakim dobrym jest człowiekiem i może też trochę za to jak piękny jest. Bo ktoś powinien i to zrobi prawda? – spojrzałem na mojego przyjaciela. Nie kontrolowałem już swoich łez. Płynęły bez opamiętania. – Nacierpiał się już tyle, że teraz czekają go tylko dobre zdarzenia. I ja to wiem. Czuje to. Dlatego pozwalam mu odejść. Ja musze się zmienić. A na to potrzeba czasu. Zostałem kiedyś bardzo zraniony i chyba podświadomie chciałem to samo zrobić drugiej osobie. Czuje się jak skończony dupek, że padło to na Louisa. Nie wiem czy zasługuje aby być szczęśliwy, ale wiem jedno: Lou na to zasługuje jak nikt inny. I wiem, że ze mną nie będzie szczęśliwy. Boje się, że kiedyś go znowu skrzywdzę. A nie chcę tego. Nie chce aby znowu przeze mnie płakał. Nie będę mógł na to patrzeć. Mam nadzieje, Zayn, że teraz mnie chociaż trochę rozumiesz.
Zapadła pomiędzy nami cisza, którą przerywało moje pochlipywanie co jakiś czas. Zayn co jakiś czas otwierał usta aby coś powiedzieć, ale po chwili je zamykał. W końcu rzekł:
- Mam nadzieje, że Louis znajdzie kiedyś tak wspaniałego chłopaka jakim jesteś ty. – powiedział dotykając mojego ramienia.
*Louis*
Siedziałem w samolocie z zapiętymi już pasami, ponieważ samolot właśnie startował. Patrzyłem za okno, przypominając sobie moje pożegnanie z Liamem kiedy obaj płakaliśmy jak małe dzieci, a potem chłopak machał mi tak długo nim nie zniknąłem za drzwiami pokładu. Przetarłem rękawem oczy, które miałem i tak dość zapuchnięte od nadmiernego płaczu. Nie sądziłem, ze moja decyzja będzie tak trudna. Przez moment nawet przeszła mi myśl czy Harry wie o tym, że wyjeżdżam? To i tak nie ma znaczenia.  Przecież wszystko mu jedno. Ale mnie nie.
Siedziałem w samolocie od dziesięciu minut, a tak cholernie za nim tęskniłem. Jak ja wytrzymam bez niego całe życie, skoro już teraz czuje jakby ktoś zabrał mi cząstkę mnie?
Harry był moją drugą połówką.                        

*

Planuje jeszcze jeden rozdział + epilog ;). Zobaczymy jak wyjdzie.